RSS
 

Agonia Teatru. Kto pomoże amatorom w Otwocku?

13 cze

Niedawno pisaliśmy na tych łamach, że najstarszy polski teatr amatorski, FREDREUM z Przemyśla, liczący sobie ponad 100 lat, może skończyć swą działalność z powodu przeciągającego się remontu zamku, w którym miał siedzibę. Podobny los, choć z innych powodów, grozi pięćdziesięcioletniemu prawie Teatrowi im. Stefana Jaracza w Otwocku.

Pierwszy raz pojechałam tam w listopadzie ubiegłego roku. Rozmawiałam z kierownikiem Powiatowego Domu Kultury, pod którego patronatem działa teatr; rozmawiałam z aktorami i z założycielem sceny, pełnym zapału, choć sędziwym Stanisławem Russkiem. Opowiadali o swojej dawnej świetności, pokazywali zdjęcia, wycinki prasowe, wymieniali nagrody, jakie zdobywali na różnego rodzaju festiwalach. Byli dumni i w końcu mieli przecież z czego.
Narodzili się w 1926 roku, przetrwali wojnę, istnieli zawsze na zasadach dobrowolności. Każda wystawiona sztuka cieszyła, każdy przejaw sympatii i uznania dodawał sił do dalszej pracy. A pracowali naprawdę dużo. Wystawiali po dwie, a nawet trzy sztuki na rok, wyjeżdżali ze swoimi inscenizacjami w teren. Wszędzie przyjmowano ich gorąco, z wielką życzliwością. Brali udział w festiwalach teatrów amatorskich, zdobywali nagrody i wyróżnienia na szczeblu wojewódzkim i centralnym.
To u nich pobierali pierwsze lekcje teatru tacy znani dziś aktorzy jak Ryszard Pietruski, który w 1947 r. debiutował tu w sztuce „Most”, Ignacy Gogolewski (w latach 1947-48 uczeń otwockiego liceum), Jolanta Russek – córka założyciela i przywódcy duchowego sceny.
Niedobrze zaczęło się dziać gdzieś około roku 1973. Zespół starzał się, brakowało młodych, pojawiały się trudności organizacyjne. Znaleźli się nawet tacy, którzy zaczęli zarzucać ówczesnemu reżyserowi – Jerzemu Próchnickiemu, aktorowi Teatru Ziemi Mazowieckiej – że w ciągu 10 lat nie zrobił tu właściwie nic.
Przygotowywano się wtedy do premiery „Ślubów panieńskich, a szła „Pułapka na myszy” Agaty Christie. Pracę nad „Ślubami” rozpoczęto w porozumieniu z tutejszym liceum. Przedstawienie miało uczniom uatrakcyjnić program szkolny, a nauczycielom – ułatwić jego realizację. Miało również przyciągnąć młodego widza, a także zachęcić go do ewentualnej współpracy. Niestety, dziwna sytuacja, w jakiej znalazł się teatr, a której nikt nie umie dzisiaj wytłumaczyć, spowodowała, że jakąkolwiek sztukę wystawiono, to było to przedstawienie nieudane, bo niedopracowane. Próchnicki chciał jak najprędzej zakończyć pracę w otwockim teatrze, bo nie widział już idei, dla której miałby tutaj przyjeżdżać. A korzyści materialne były prawie żadne – płacono mu 26 zł za godzinę.
Po mieście zaczęły krążyć jakieś plotki, niektóre panie nauczycielki tłumaczyły sobie niepowodzenia uczniów tym, że rodzice – aktorzy zbyt mało czasu poświęcają dzieciom. Padały takie słowa: „powiedz mamusi, żeby zamiast fikać na scenie, zajęła się lepiej tobą…”
Wszystko to razem przyczyniło się do ostygnięcia zapału w zespole, pociągnęło za sobą rozgoryczenie i niesmak.
Po odejściu reżysera zabrano im salę, kostiumy, chowano gdzieś taśmy, na których był nagrany podkład muzyczny. Chcieli jednak nadal pracować, próbowali nowe sztuki, ale na próbach wszystko się właściwie skończyło. Od 1973 r. do dnia dzisiejszego nie wystawiono już nic.
Kiedy stanowisko kierownika PDK objął w ubiegłym roku Ryszard Budzynowski, pojawiły się nadzieje na wznowienie działalności. Przystąpiono do remontu budynku i obiecano, że po jego zakończeniu zespół dostanie reżysera, scenę, garderoby, kostiumy. Zbliżał się przecież jubileusz 50-lecia…
Tak to wyglądało do listopada 1974 r. Niedawno złożyłam im wizytę po raz drugi. Pojechałam na zapowiedzianą próbę. Poza woźną nie zastałam w Pedeku nikogo. Zapytana o teatr dramatyczny odpowiedziała: „Ich to już tutaj nie ma. Nie przychodzą na próby, nic się nie dzieje”. Poradziła, żebym, jeżeli chcę się czegoś więcej dowiedzieć, poszła do pani Dudzickiej, bo mieszka obok i powinna być teraz w domu. Z Teresą Dudzicką, która od 1952 r. jest aktorką otwockiego teatru i członkiem Rady teatralnej, rozmawiałam już w listopadzie. Do tamtej rozmowy doszły dalsze smutne słowa:

- Dostaliśmy nowego reżysera. Jest nim Krzysztof Janczak, który prowadzi tu również teatr poezji. Ale chce wystawiać „Policję” Mrożka. Próbowaliśmy, ja nawet miałam grać Pułkownika, bo były kłopoty z panami i dlatego wpadliśmy na pomysł, żeby to był Pułkownik w spódnicy. Jednak daleko to się nie posuwa, ponieważ sztuka jest dla nas za trudna. Lepiej zagraliby ją młodzi, ale młodych nie ma. A my mamy aktorów w starszym wieku. Pani Maria Oleksiak na przykład, ma już 70 lat. Nie wszyscy czują swoje role i chyba dlatego nic nie wychodzi. A poza tym jest jeszcze specyficzna nasza publiczność, dla której Mrożek jest po prostu nieczytelny. Mówię o tej starszej publiczności, która nie jeździ do Warszawy i nasz teatr jest dla niej wszystkim.

- A co będzie z jubileuszem?

- Pan Russek obiecał coś znaleźć i oczywiście chcemy to wystawić, ale chyba na tym zakończymy swoją działalność, bo po prostu nie ma już kto grać.

Czy ten teatr naprawdę musi zakończyć swoją działalność? Czy nikogo w Otwocku ta zasłużona dla kultury placówka nie obchodzi? Czy nie ma sposobu na wyjście z impasu – z korzyścią dla teatru i publiczności? Także tej młodej. Rozumiem, że nie bardzo podoba się jej obecny styl teatru, sposoby inscenizacji, repertuar. Rozumiem, że chcieliby robić teatr po swojemu, że szukają w sztuce czegoś nowego. To wszystko jest naturalne, należą przecież do innego pokolenia, więc niech przyjdą do teatru, niech go robią. Wyjściem najgorszym byłaby śmierć tej sceny, zaprzepaszczenie pięknej tradycji i dorobku półwiecza. Paru pokoleń ludzi z ambicjami.

 

Maria Aniśkowicz
Sztandar Młodych, rok 1975

 
Brak komentarzy

Napisane przez w kategorii Bez kategorii

 

Dodaj komentarz