RSS
 

19 lipca 1943r., poniedziałek

19 lip

Noc z 19 na 20 lipca była pierwszym poważnym sprawdzianem dla Prawobrzeżnego Oddziału Dyspozycyjnego Komendanta KEDYWU Okręgu Warszawskiego, którym dowodził por. Roman Grorowski „Ers”. Oddział powstał na jesieni 1942 r. na bazie Oddziałów Specjalnych organizowanych przez „Ersa” w miejscowościach tzw. linii otwockiej oraz w Karczewie i Wiązownie. Oddział podzielony na kilka grup bojowych uderzył tej nocy niemal jednocześnie we Wiązownie, Falenicy i Karczewie, by dokonać zniszczenia dokumentów zarządów gmin w tych miejscowościach.

Zniszczenie dokumentów Zarządu Gminy w Wiązownie.
Zapis dotyczący tej akcji znajdujemy w raportach żandarmerii niemieckiej. Wynika z niego, że około godziny 120 40-osobowa grupa spaliła wszystkie akta, kenkarty i pieczęcie w Zarządzie Gminy Wiązowna. Urządzenia biurowe zostały częściowo zniszczone, połączenia telefoniczne zerwane. Po przybyciu policji „granatowej” z miejscowego posterunku nastąpiła wymiana ognia, w której ranny został jeden partyzant i jeden policjant. Grupa oddaliła się zabierając ze sobą rannego.
Akcję na Zarząd Gminy w Wiązownie przeprowadził pododdział „Świdry – Wiązowna” oddziału „Ersa”. Akcją dowodził Apolinary Akajewicz „San”, dowódca pododdziału. Wydarzenia tej nocy opisał w swojej relacji Jan Kamiński „Grzmot”:

O godzinie 22.30 w kępach olszynowych nad rzeką Mienią, na tyłach zabudowań gospodarstwa Grochali, u którego „San” wynajmował mały drewniany domek na swą leśniczówkę, przychodzi ośmiu ludzi z Wiązowny oraz ośmiu ludzi ze Świdrów, których przyprowadza zastępca „Sana” pchor. „Okrzeja” (Ryszard Barański). Uzbrojenie grupy składa się z dwóch erkaemów, dwóch „Stenów”, dwunastu karabinów, broni krótkiej i granatów. Po chwili cała grupa pod dowództwem pchor. „Sana” udaje się leśną piaszczystą drogą w kierunku Wiązowny, by złożyć nocną wizytę w tamtejszym urzędzie gminnym. Pod samą Wiązowną grupa znika w zaroślach ciągnących się wzdłuż Mieni, dochodzi do szosy lubelskiej i zajmuje stanowiska ubezpieczające po obu stronach mostu. Od strony Warszawy szosę ubezpiecza erkaem z sekcji „Okrzei” z zadaniem zwrócenia specjalnej uwagi na pobliski budynek, w którym mieści się dość silny posterunek policji „granatowej”. Od strony Lublina ustawił swój erkaem „Grzmot” (Jan Kamiński), którego osłaniają „Reszka” (Leonard Kaszyński) i „Terry” (Tadeusz Sitek). Na lewo od stanowisk erkaemów zalegają w przydrożnych krzakach uzbrojone w karabiny czujki. Wkrótce cichy gwizd, naśladujący głos ptaka, daje znać, że wszyscy są na swoich stanowiskach. W chwilę później przez szosę przebiega sześć nisko pochylonych sylwetek. To „San” i „Okrzeja” z resztą ludzi biegną do znajdującego się po przeciwnej stronie szosy lubelskiej budynku urzędu gminnego. Dwóch ludzi ze „Stenami” pozostaje na zewnątrz, pozostali znikają we wnętrzu gminy. Niszczenie dokumentów idzie dość szybko, gdyż „San” pozostawał w kontakcie z miejscowymi pracownikami, a ci przygotowali już najważniejsze akta w jednym pomieszczeniu.

Jest już północ, „Jerzy” (Jerzy Barański) i jego kolega, obaj będący na czujce wysuniętej na prawo od stanowiska „Grzmota”, podnoszą się z miejsca i przechodzą przez szosę, by zbadać sytuację w znajdującej się na przeciw zamkniętej na głucho karczmie. W tym momencie na szosie rozbłysły nagle reflektory nadjeżdżającego samochodu. Obaj odskakują na bok i padają, a środkiem szosy przemyka wojskowy wóz. Podnoszą się więc po chwili i idą dalej, gdy nagle powietrze rozdziera okrzyk:

„Halt! Hände hoch!” i prawie jednocześnie rozlegają się strzały karabinowe. Odpowiadają im natychmiast dwa strzały spod budynku karczmy, w które wplatają się serie z erkaemu „Grzmota” i karabinowe salwy „Terry’ego” i „Reszki”. Pod ich osłoną „Jerzy” z kolegą podrywają się i biegną do parkanu, przylegającego do jednej ze ścian karczmy. Jeden z nich nadal strzela, drugi wdrapuje się na parkan, ale w tym momencie pada strzał karabinowy i ciemna sylwetka powoli osuwa się na ziemie. „Grzmot” wysyła serię za serią, po chwili strzały przeciwnika oddalają się, cichną. „Terry” i „Reszka” biegną pod karczmę, a w parę minut później prowadzą rannego „Jerzego”, który ma przestrzeloną nogę. Natychmiast założono mu opatrunek, a w międzyczasie akcja niszczenia dokumentów w gminie dobiegła końca. Szybko wyruszono więc w drogę powrotną z rannym kolegą, niesionym na prowizorycznych noszach, bo choć stoczono potyczkę prawdopodobnie z patrolem penetrującym teren w poszukiwaniu handlarzy mięsem z nielegalnego uboju, to po takiej strzelaninie należało liczyć się z poważniejszą akcją policyjną.

Relacja nie zawiera istotnych informacji dotyczących samego przygotowania akcji. Grotowski lub Akajewicz zapewne skontaktował się bezpośrednio lub poprzez sztab IV Rejonu z pracownikami Zarządu Gminy, którzy należeli do organizacji. W gminie pracowali m. in. Bolesław Dąbała, Marian Oktabiński i Stanisław Pająk – wszyscy byli żołnierzami IV Rejonu „Fromczyn” z kompanii Mariana Mazowieckiego „Ludomira”. Zapewne właśnie oni pomogli w przeprowadzeniu akcji, przygotowując zawczasu najbardziej niebezpieczne dla ludności dokumenty i umieszczając je w umówionym z „Sanem” miejscu.

Zniszczenie dokumentów Zarządu Gminy w Falenicy
Niemiecki raport żandarmerii lakonicznie stwierdza, że tego dnia około godziny 1.30 do Zarządu Gminy przybyło dwiema ciężarówkami około 50-60 uzbrojonych mężczyzn. Część z nich nosiła niemieckie mundury i hełmy. Grupa spaliła urząd i znajdujące się tam dokumenty referatu gospodarczego. Poza tym ostrzelała posterunek policji i uwolniła z cel czterech aresztantów, a interweniujący oddział Wehrmachtu zmusiła do odwrotu.
Akcję w Falenicy przeprowadził, podobnie jak w Wiązownie, oddział „Ersa”. Dotyczące jej relacje w swej zasadniczej części opisują jej przebieg dość podobnie. Ale są też kontrowersje, a najwięcej dotyczy osoby dowódcy. Opisy uczestników zgodnie wykluczają samego „Ersa”. Marian Wesołowski „Marian” w swych wspomnieniach jako dowódcę akcji podaje siebie. Nie byłoby w tym nic dziwnego, bo akcja miała miejsce w Falenicy i była przeprowadzana właśnie siłami falenickiej grupy Wesołowskiego przy udziale całej lub tylko części grupy „Radość”. Ale już Henryk Witkowski, opierając się na relacji Hieronima Jagielskiego „Doktora” z grupy „Falenica”, nie podaje nazwiska dowódcy akcji. Przedstawia jedynie Feliksa Zarembę „Żmudzina” jako dowódcę grupy uderzeniowej i Wacława Szczepkowskiego „Wacława” jako dowódcę grupy ubezpieczającej akcję. Osoba Wesołowskiego jest pominięta. Treść relacji „Mariana” bogatsza jest od pozostałych o opis etapu zaplanowania akcji, szczegóły, o których inni niekoniecznie musieli wiedzieć, a przede wszystkim o końcowy etap dotyczący zdawania raportu z przeprowadzenia akcji „Ersowi”. Powyższe fakty wydają się przesądzać, że osobą dowodzącą i odpowiedzialną za przebieg akcji był Marian Wesołowski „Marian” – dowódca grupy „Falenica”. Reszta sił została podzielona na dwie grupy. Pierwsza to oddział szturmowy, składający się z ludzi z grupy „Radość” w liczbie (jak podaje Wesołowski) sześciu. Dowodził Feliks Zaremba „Żmudzin” – dowódca grupy z Radości. Drugą grupą kierował zastępca „Mariana” na stanowisku dowódcy grupy „Falenica”, Wacław Szczepkowski, który odpowiadał za ubezpieczenie całej akcji.
Z relacji Wesołowskiego wiadomo też, że w Zarządzie Gminy pracował Roman Jeryń – kierownik ewidencji ludności w tym urzędzie, który jednocześnie pracował dla oddziału, tworząc komórkę legalizacyjną. Zajmował się wyrabianiem „lewych” dokumentów na potrzeby konspiracji. Na kilka dni przed akcją „Marian” wraz z Jerinem dokonał dokładnego rozeznania rozkładu pomieszczeń w budynku. Jerin wskazał mu wtedy pokoje, w których znajdowały się dokumenty „niebezpieczne”, które należało spalić. Poinformował również o miejscach przechowywania blankietów i pieczęci. Urząd w Falenicy mieścił się w starym jednopiętrowym budynku przy zbiegu ulic Pierackiego i POW (obecnie Włókienniczej i Bysławskiej), oddalonym około 300 metrów od szosy i stacji kolejowej. Na pierwszym piętrze mieściły się mieszkania pracowników urzędu. Istniała pewna przeszkoda dla przeprowadzenia akcji. Do budynku gminy przylegało skrzydło domu, w którym miał swą siedzibę posterunek policji „granatowej”. Komendantem tego posterunku był niejaki Kafliński, który był członkiem podziemia. „Ers” uzgodnił z nim, jak mają zachować się dyżurujący policjanci w momencie ataku. Strzelać w górę okien po powstaniu pożaru. Plan był dość prosty. Ubezpieczenie miało zająć wyznaczone pozycje. Potem do budynku wchodziła grupa szturmowa i wyrzucała przez okna dokumenty na jedną stertę. Przygotowany stos szturmowcy mieli oblać benzyną i podpalić. W tym momencie policjanci z posterunku mieli otworzyć pozorowany ogień. Dla zachowania pozorów żołnierze „Ersa” mieli w odpowiedzi ostrzelać posterunek, tak aby nikt z policjantów nie ucierpiał. Wówczas następował odskok oddziału. Na końcu miało się wycofać ubezpieczenie, osłaniając ogniem oddział i tym samym uniemożliwiając jakąkolwiek reakcję.
Do realizacji tego planu wyruszyło dwudziestu ośmiu ludzi uzbrojonych w dwa erkaemy, karabiny, pistolety maszynowe i broń krótką. Grupa ubezpieczająca rozlokowała się w kilku punktach w pobliżu budynku. Od strony torów kolejowych ubezpieczał Wacław Szczepkowski „Wacław” wraz z obsługą erkaemu. Naprzeciwko budynku, w którym stacjonowali Kałmucy, stanowisko zajął Hieronim Jagielski „Doktor” z drugim erkaemem. Ośmiu kolejnych żołnierzy miało stanowiska strzeleckie w lasku odległym o sto metrów.
Grupa szturmowa zajęła pozycję przy budynku gminy.

[Około godziny 1.00] Po przecięciu drutów telefonicznych przez „Barytona” (Józef Janik) i zabezpieczeniu posterunku „granatowych” grupa „Żmudzina” z Radości przystąpiła do wykonania właściwego zadania. Po zabraniu z pomieszczeń biurowych maszyn do pisania, pieczątek i wszelkiego rodzaju urzędowych formularzy, na zewnątrz budynku po jego wschodniej stronie szybko urósł stos wyrzucanych przez okna akt, kartotek i dokumentów. Podlano to obficie benzyną i podpalono. [H. i L. Witkowscy, Kedywiacy, Warszawa 1973, ss. 89- 90. Na podstawie relacji Hieronima Jagielskiego.]

Po chwili ogień z płonącego stosu przeskoczył na budynek. Okazało się, że gmach jest drewniany, a tylko z zewnątrz otynkowany. Tu pojawiają się kolejne rozbieżności. Trzy relacje i trzy wersje: Henryk Witkowski, opierając się na relacji Jagielskiego twierdzi, że piętro budynku było zamieszkane i po powstaniu pożaru Zaremba wyprowadził mieszkańców na zewnątrz. Według relacji pochodzącej od Józefa Mazurkiewicza „Czarnego”, (grupa „Radość”) w trakcie pożaru ludzi nikt nie wyprowadzał, lecz sami wyrzucali na podwórze pierzyny i na nie skakali. Wesołowski w ogóle nie wspomina o tym, że pracownicy gminy mieszkali w budynku.
Gdy budynek stanął w ogniu, odezwały się syreny. Szosą od strony dworca ruszyła straż pożarna i natknęła się na stanowisko ubezpieczenia:

Strażacy musieli leżeć nosami do ziemi. Kałmucy nie mogli się ruszyć na strzały z naszego stanowiska ubezpieczenia, a Niemcy z tartaku pędzący w stronę gminy również wrócili po natknięciu się na ubezpieczenie. Policja będąca wewnątrz budynku rozpoczęła ogień z karabinów zgodnie z ustaleniami. Już prawie przed świtem wszyscy się wycofali. [Relacja Mariana Wesołowskiego.]

Atakujący wyszli z akcji bez strat własnych. Niemcy i ich pomocnicy prawdopodobnie nie doznali większego uszczerbku, oprócz urażonej dumy. Zdobyto maszyny do pisania oraz różnego rodzaju formularze urzędowe i pieczątki. Budynek spłonął doszczętnie. Zarząd Gminy Falenica został przeniesiony do willi na terenie Michalina. W raporcie żandarmerii znajduje się również informacja, że uwolniono z cel cztery aresztowane osoby. Potwierdza to relacja Hieronima Jagielskiego „Doktora”, który podaje, że w toku akcji uwolniono aresztantów, wśród których było małżeństwo żydowskie o nazwisku Wilczek. Zostali oni aresztowani poprzedniego dnia na terenie Michalina u ogrodniczki o nazwisku Sitek, u której się ukrywali. Mieli być rozstrzelani następnego dnia.

Zniszczenie dokumentów Zarządu Gminy w Karczewie
Zapis dotyczący tej akcji można znaleźć w raporcie żandarmerii niemieckiej. Czytamy w nim, że o godzinie 200 ok. 30-osobowa, uzbrojona grupa spaliła wszystkie akta w Zarządzie Gminy Karczew, zniszczyła przewody telefoniczne i oddaliła się zabierając dwie maszyny do pisania. Była to ostatnia z serii akcji przeciwko Zarządom Gmin przeprowadzonych tej nocy przez oddział „Ersa”. Jej wykonawcą była sekcja karczewska oddziału pod dowództwem Tadeusza Jobdy – Orłowskiego. Niestety, Jobda w swojej relacji ograniczył się tylko do lakonicznego opisu. Wynika z niego, że (podobnie jak w Falenicy i Wiązownie) także i tu zaufani pracownicy gminy uprzednio przygotowali dokumenty do spalenia. W akcji wzięła udział cała „sekcja”. Po ubezpieczeniu budynku i uszkodzeniu linii telefonicznej zostały wyniesione na zewnątrz budynku wszystkie materiały, które oblano benzyną i podpalono. Zniszczone zostały akta ewidencji ludności, ewidencji kar administracyjnych oraz spisów kontyngentowych.

Rozkaz do przeprowadzenia akcji palenia dokumentów w gminach wydał „Ers”, ale już nie on odbierał meldunki o ich wykonaniu. Tego samego dnia bowiem, 19 lipca 1943 r., został aresztowany, gdy wchodził do obstawionego przez gestapowców lokalu kontaktowego, mieszczącego się w Wydziale Finansowym Zarządu Miejskiego przy zbiegu ulic Poznańskiej i Żulińskiego (obecnie Żurawia). Jego ludzie dowiedzieli się o tej wpadce 20 lipca.
Przed południem w umówionym miejscu stawili się Tadeusz Jobda – Orłowski i Marian Wesołowski, żeby zdać „Ersowi” meldunki z wykonania akcji. Ten ostatni tak opisał ten dzień, oraz próby uwolnienia dowódcy:

Rano, jeszcze śmierdzący spalinami, pojechałem kolejką wąskotorową doWarszawy zdać meldunek z wykonania zadania. Punktualnie o godz. 9.15 czekałem w wyznaczonym miejscu na ulicy Poznańskiej róg Alej Jerozolimskich na Romana – „Ersa”. Ponieważ „Ers” się nie zjawił, doszliśmy do wniosku, że stało się coś złego, chyba wpadka. Około godz. 12.00 wróciłem do Falenicy pociągiem elektrycznym. Gmina jeszcze się paliła. Po przyjeździe do Falenicy natychmiast powiadomiłem kurierkę Romana „Ersa” oraz wszystkich chłopców. Irena – kurierka, pojechała natychmiast do W-wy. Po powrocie stwierdziła, że nikt nic nie wie, ale na pewno jest aresztowany. Konsternacja, zaczęto szukać dróg do wyrwania „Ersa”. „Ers” był na Szucha, a następnie na Pawiaku. Irena po kilkakrotnych wyjazdach do Warszawy, przywiozła wiadomość, że jest możliwość wykupienia Romana – kwestia 10.000 zł. Sprawa się przeciągała, pieniądze wręczył Irenie Zaremba. Ktoś, kto załatwił sprawę, żądał wpłacenia mu całej kwoty, my chcieliśmy najpierw zwolnienia, powierzając pieniądze trzeciej osobie. Sprawa się bardzo przedłużała, stawała się podejrzana. Aż pewnego dnia otrzymuję list kopertę w środku kartka – tekturka od pudełka papierosów. „Znalazco wyślij na adres Marian Wesołowski – Falenica, ul. Mickiewicza 16 – jadę w transporcie do Oświęcimia” – Roman. Kartka była wyrzucona z wagonu na tor, ktoś znalazł, włożył w kopertę i wysłał. Kartkę z kopertą szybko dostarczyłem Irenie. Wykupienie „Ersa” to zwykłe krętactwo. Od tego czasu zacząłem starania o paczki dla Romana, obojętnie jakimi drogami. Dużą pomocą był d-ca OS Karczew – Tadeusz Jobda – Orłowski i jego współmałżonka, którzy mieli kontakt z RGO. Wysyłano same treściwe produkty. Paczki te robili i wysyłali: Henryk Szumski i Antoni Gędzielewski – Karczewiacy. Prowadzili zakłady masarskie.

 

Zobacz także:

J. Adamska, Kronika Ruchu Oporu w okupowanym powiecie warszawskim w latach 1939-1944, „Rocznik Mazowiecki”, T. V, 1974, ss. 242-243.
S. Rakowski, Oddział Skrytego. Historia Prawobrzeżnego Oddziału Dyspozycyjnego Komendanta Kedywu Okręgu Warszawskiego Armii Krajowej, Otwock 2011.
H. Rybicka (red.), Kedyw Okręgu Warszawa Armii Krajowej – dokumenty rok 1943.,Warszawa 2006, s.39.

 
Komentarze (2)

Napisane przez w kategorii Bez kategorii

 

Dodaj komentarz

 

 
  1. ~Janko

    22 lutego 2016 o 17:18

    W tekście jest:
    _ Potwierdza to relacja Hieronima Jagielskiego „Doktora”, który podaje, że w toku akcji uwolniono aresztantów, wśród których było małżeństwo żydowskie o nazwisku Wilczek. Zostali oni aresztowani poprzedniego dnia na terenie Michalina u ogrodniczki o nazwisku Sitek, u której się ukrywali. Mieli być rozstrzelani następnego dnia._

    Pytanie: *Czy znany jest dalszy los małżeństwa Wilczków?*
    Czy są wśród żywych osoby, ktore moga to wiedzieć?

     
    • sebastian_rakowski

      26 lutego 2016 o 08:16

      Niestety nie wiemy.