RSS
 

6 września 1943r., poniedziałek

13 wrz

Tego dnia zdarzył się wypadek podczas próby granatu produkcji konspiracyjnej, w wyniku którego ranny został Leon Tarajkowicz „Gryf”, dowódca Prawobrzeżnego Oddziału Dyspozycyjnego Komendanta Kedywu Okręgu Warszawskiego AK. Wypadek miał miejsce na terenie tzw. poligonu Biura Badań Technicznych.[1] Tutaj oficerowie BBT  wypróbowywali materiały wybuchowe własnej produkcji.[2]

Opisany wypadek miał miejsce podczas jednego z takich testów. „Gryf” został ciężko ranny – wybuch urwał mu prawą rękę. Z powodu tych obrażeń został odwołany z funkcji dowódcy oddziału. Oto fragment relacji z tego zdarzenia, spisanej przez Mariana Wesołowskiego:

W końcu sierpnia 1943 r.[3] na uprzednio ustalony dzień, po ubezpieczeniu terenu, przyjechał do Michalina umówionym pociągiem elektrycznym „Gryf” z kurierką i 3 starszymi panami, skąd doprowadzono ich na teren wzgórza 102 – poligon.

„Poligon” znajdował się w lesie pomiędzy Michalinem a Wiązowną. Teren nierówny, piaszczysty, małe sosenki i krzaki sosnowe. Tu miał być wypróbowany na czołgu angielskim[4] granat produkcji konspiracyjnej. Rzucać chciał każdy z obecnych chłopców, ponieważ „Gryf” zapytał, kto chce rzucać na ochotnika. Następnie oświadczył, że sam też będzie rzucać. Wszyscy chłopcy rozstąpili się na pewną odległość i skryli w zrobionych dołkach – okopach wykopanych jeszcze przez kiedyś ćwiczących tu Niemców. „Gryf” z takiego dołu z odległości 20 do 25 m od czołgu krzyknął – uwaga – odbezpieczył granat – wyjął zawleczkę i dokonał rzutu.

Granat, olbrzymia kula jak piłka, w odległości 2 – 3 m od ręki wyrzuconej do przodu w momencie przyspieszenia eksplodował. Olbrzymi huk i błysk ognia. „Gryf” padł głową w piasek krzycząc i jęcząc „po co ja tu przyszedłem”, zaczął się czołgać, jakby chciał uciekać. Dopadliśmy do niego, ci z W-wy, Marian, Tadeusz Jobda, Janek Kuczyński, Kazio Drozdowski, Mietek Fiejka i inni obecni chłopcy. Szybko udzielono pomocy. „Gryfa” odniesiono pod krzak, zrobiono ucisk pod ramieniem prawej ręki. Urwana i spalona była ręka prawa. Kikut kości czarny, spalony, wystawał aż do łokcia. Rozkazałem Jankowi Kuczyńskiemu i Kaziowi Drozdowskiemu, by przynieśli nosze. Jobda zajął się tymi z W-wy, ażeby odprowadzić ich ze swoimi chłopcami z Albinem Szerepką i Tadeuszem Malczewskim do st. Michalin. Sam pobiegłem po lekarza dr Jampolskiego. Obok st. Michalin spotkałem jadącego na rowerze mężczyznę. Zabrałem mu rower pod groźbą pistoletu. Kazałem mu czekać, aż wrócę i oddam rower, szybko dojechałem do Radości. Zastałem lekarza w domu. Po krótkim zapoznaniu go z wypadkiem, zabrałem go. Miał wielką „cykorię”, musiał jechać. Zabrałem jego torbę z lekami na ramię, a on na swoim rowerze jechał przede mną. Pojechaliśmy wzdłuż toru chodnikiem do Michalina. Po drodze spotkałem chłopa czekającego na rower. Kazałem mu jeszcze poczekać, aż wrócę. Po dojechaniu na miejsce „Gryf” był już na noszach. Lekarz natychmiast zrobił mu zastrzyk, obandażował mu kikut i całe ramię – udzielił pierwszej pomocy. Ponieważ już się ściemniało, ci z W-wy jeszcze byli, uzgodniłem, gdzie będzie „Gryf” i jak mamy spotkać pielęgniarkę, która przyjedzie z W-wy – ustalono hasło. Zapewnili, że dalsze sprawy będą załatwione. Jobda ze swoimi ludźmi – Albinem i Tadeuszem odprowadzili tych z W-wy i kurierką „Gryfa” do Michalina na stację. Odprowadziłem lekarza do miejsca przy stacji, gdzie czekał chłop. Oddałem rower, lekarz pojechał do domu, a ja wróciłem do „Gryfa”. Odczekaliśmy do większego mroku i w marszu ubezpieczeniowym przenieśliśmy go do willi przy torze kolejowym pomiędzy Michalinem i Falenicą, własność p. Drozdowskich, których syn Kazio, był w Oddziale i obecny przy próbie. Udział w tym przeniesieniu – transporcie wzięli tylko chłopcy z Oddz. Falenica – Janek Kuczyński, Kazio Drozdowski, Stasio Pytlarczyk, Józio Janik, Andrzej Czaplicki oraz Mietek Fiejka. Po upływie 2 – 3 godz. przyjechała pielęgniarka pociągiem elektrycznym z W-wy zgodnie z ustaleniem. Wystawiłem w tedy posterunek z hasłem na spotkanie pielęgniarki. Okazało się, że była to rodzona siostra „Gryfa” – zawodowa pielęgniarka. Robiła mu zastrzyki przeciwbólowe i na sen. Siedziała przy nim całą noc. Zaraz jak minęła godzina policyjna o 5 rano, przyjechała karetka pogotowia, tak jak było umówione na hasło. Po doprowadzeniu przyjezdnych z karetki do „Gryfa” – zabrali go na nosze i po wniesieniu do karetki odjechali. Odjechała również siostra „Gryfa”.[5]

 

Rannym „Gryfem” zaopiekowała się Helena Drozdowska, matka Kazimierza, żołnierza oddziału, który poległ w akcji pod Pogorzelą w nocy z 6 na 7 października 1943 r. W swoich wspomnieniach tak opisała feralny wieczór 6 września:

Było już po południu, kiedy nagle nadszedł Kazik, blady i zadyszany, i przerywanym głosem oznajmił, że stało się nieszczęście: Kierownik grupy, do którego obstawy należał Kazik, wypróbowując granat został ciężko ranny. Konieczny szybki ratunek, pyta mnie więc Kazik, czy zgodzą się na przetransportowanie rannego do naszego mieszkania, gdzie sanitariuszki (a było ich 4 ze starszą siostrą Martą ze Szpitala Maltańskiego na czele) mogłyby w możliwych warunkach zająć się chorym – rannym.

Miałam pod swoją pieczą apteczkę AK-owską, dosyć dobrze zaopatrzoną przez Henryka Jasielskiego „Doktora”.[6] Oczywiście zgodziłam się i natychmiast zabrałam się do przygotowania łóżka, a Kazik, szczęśliwy, że zaniesie pozytywną odpowiedź, krzyknął „Dzięki!” i jak wicher pomknął z powrotem.

Kiedy zbliżał się zmierzch, od strony ogrodu przyniesiono rannego na noszach. Był w opłakanym stanie: z obnażonej, opalonej części kości sączyła się krew, cały prawy bok rannego był w czarne plamki – odłamki granatu dostały się nawet do okolic oka. Chory chwilami krzyczał, wołając „Moje oko!” albo „Moja ręka!”. Podtrzymywano go zastrzykami glukozy i zdaje się, że hemosilu czy coragulienu.

Siostra Marta była dobrej myśli, bo już miała okazję ratować „Gryfa”, kiedy był ciężko ranny w nogę i wyszedł z tego cało, dzięki odporności organizmu i żywotności pacjenta. Jednak zapas zastrzyków i materiałów opatrunkowych malał, wezwana karetka sanitarna ze szpitala Maltańskiego nie nadjeżdżała. Wobec tego, że nastawnia kolejowa z „Bachnschami” hitlerowskimi niemal przylegała do naszego ogrodu, trzeba było dyżurować, by karetka nie zbłądziła i zajechała z zachowaniem wszelkich ostrożności. Wraz z synem „spacerowaliśmy” więc w ten chłodny dżdżysty wieczór i noc wzdłuż graniczącej z torami, równoległej do nich alejce, nie odzywając się do siebie i ostrożnie stąpając po gęsto opadających, zmokłych liściach, by nie trzeszczały pod stopami.

Koło godz. 2-giej zluzowała nas pani Karoszewska wraz z młodszym jej synem Ignacym. Wreszcie, koło 5-tej nad ranem, bezszelestnie zajechała przed dom karetka.[7]


[1] Komórka utworzona z inicjatywy mjr F. Niepokólczyckiego mająca charakter naukowo – badawczo – eksperymentalny. Jej kierownikiem  od jesieni 1940 r. był por. sap. Zbigniew Lewandowski „Zbyszek”, „Szyna”, „Iza”. Zasadniczym zadaniem BBT było planowanie, organizowanie i prowadzenie kontroli technicznej produkowanych w konspiracji środków walki sabotażowo – dywersyjnej oraz szkolenie instruktorów i opracowywanie odpowiednich instrukcji. Na podstawie: H. Witkowski, „Kedyw” OW  AK w latach 1943 – 1944, Warszawa 1984, s. 15).
[2] Relacja Mariana Wesołowskiego.
[3] Powinno być: 6 września.
[4] W relacji Tadeusza Jobdy – Orłowskiego był to czołg niemiecki.
[5] Relacja Mariana Wesołowskiego.
[6] Powinno być Hieronima Jagielskiego.
[7] Relacja Heleny Drozdowskiej, ze zbiorów Jana Kamińskiego.

 
Brak komentarzy

Napisane przez w kategorii Bez kategorii

 

Dodaj komentarz