RSS
 

sierpień – wrzesień

23 wrz

W otwockim lasku położonym pomiędzy ul. Reymonta a Słowackiego, przez pięć tygodni po likwidacji getta Niemcy w kolejnych egzekucjach rozstrzelali około 2000 Żydów. Egzekucje opisał ich naoczny świadek, policjant żydowski – Calel Perechodnik:

Po kilku dniach, gdy w areszcie gromadziło się kilkaset osób, przyjeżdżało dziesięciu żandarmów w asyście polskiej policji. Sprowadzano przedtem robotników Żydów z obozu karczewskiego, którzy wykopywali duże groby zbiorowe.
Przez całą noc przed egzekucją pilnowaliśmy my, żydowscy policjanci, naszych współbraci Żydów. Wiedzieliśmy, że nazajutrz z rana zostaną rozstrzelani, zresztą, skazańcy też o tym wiedzieli. Nieduży placyk przed aresztem, ogrodzony siatką, a w nim gęsto stłoczonych na ziemi kilkaset osób – mężczyźni, kobiety, małe dzieci, wszystko znajomi od najmłodszych lat.
Już świtało, wkrótce będzie godzina ósma. Żandarmeria nadjeżdża, samochód stoi już przed komisariacie. Przed egzekucją ma miejsce jeszcze obława. W asyście polskiej policji przeszukują coraz to inne mieszkania, co chwile pada strzał. Od rana żydowscy robotnicy kopali masowy grób, przed grobem specjalnie zostawili trochę piasku. Powstawał nasyp, gdzie dziesiątka ludzi dochodziła i kładła się brzuchami na ziemię. Kark leżał siłą rzeczy wyżej jak nogi.
W tym momencie dziesięciu żandarmów, którzy stali odwróceni tyłem, na rozkaz jednego wykręcali się, mierzyli i padała salwa. Po takiej salwie w zależności, gdzie mierzyli – w kark czy też w mózg, bywały wypadki, że znajdowaliśmy później kawałki rozpryśniętych mózgów w odległości dwudziestu kroków. Potem padały jeszcze pojedyncze strzały, dobijano ruszających się.
W tym momencie robotnicy dochodzili do zabitych, przeszukiwali kieszenie i szybko wrzucali na świeże, gorące jeszcze trupy poprzedników. Miejsce było wolne, następna dziesiątka mogła podejść.
Oczywiście wszystko to działo się na oczach kolejnych dziesiątek, które doskonale widziały, jak się odbywają egzekucje, no i na oczach robotników żydowskich, z których niejeden własnoręcznie wrzucił do dołu stygnące zwłoki żony, matki czy też dzieci.
I tak szła dziesiątka za dziesiątką. Idą biernie, powoli, przytuleni do siebie, żony do mężów, starsze dzieci chodzą same, trzymając się poły matczynej sukni, małe dzieci noszone są na rękach.
Niemcy stoją spokojnie, wachlują się swymi hełmami, są strasznie spoceni, dni są takie ciepłe, parne. Stoją spokojnie i wykonują swoją „robotę” automatycznie. Cel, pal! Cel, pal! Co za różnica, czy to w głowę starca, mężczyzny, kobiety czy też małego dziecka?[1]


[1] Calek Perechodnik, Spowiedź, Warszawa 2007, ss. 96-97.

 
Brak komentarzy

Napisane przez w kategorii Bez kategorii

 

Dodaj komentarz