RSS
 

6/7 października 1943r., środa/czwartek

10 paź

W lakonicznym raporcie niemieckiej żandarmerii zapisano, że 7 października 1943 r. o godzinie 120 na stacji Pogorzel został ostrzelany przez około 40 partyzantów, z których część nosiła mundury Wehrmachtu, pociąg towarowy nr 7509, który jechał w kierunku Otwock – Lublin. Partyzanci ci polecili dyżurnemu ruchu skierować pociąg na bocznicę. Ostrzelany wagon amunicji eksplodował. Szyny zostały zniszczone na długości ok. 18 m. W czasie wymiany ognia jeden z partyzantów został zastrzelony, jeden z eskortujących policjantów kolejowych, Hartig – ranny.

Akcję przeprowadził oddział „Skrytego”.[1] W niecałe dwa tygodnie po nieudanej akcji z 27 na 28 września, „Skryty” otrzymał ponownie rozkaz opanowania pociągu nr 1002[2] z zaopatrzeniem dla policji niemieckiej w Lublinie i Dęblinie. Celem ataku było zdobycie broni i wyposażenia. Akcja pod Pogorzelą była szeroko opisywana, dzięki czemu istnieje wiele szczegółowych relacji dotyczących sposobu jej przeprowadzenia. Niestety, wszystkie one dość mocno od siebie odbiegają . Kontrowersyjna jest nawet data rozpoczęcia samej akcji. Wedle relacji Wesołowskiego[3] oraz artykułu Jana Sosnowskiego,[4] powstałego prawdopodobnie na podstawie relacji Feliksa Zaremby, wyjście na akcję miało miejsce wieczorem 6 października. Relacje Tadeusza Jobdy – Orłowskiego[5] oraz opis akcji sporządzony przez Henryka Witkowskiego[6] na podstawie relacji Jana Kamińskiego, Feliksa Zaremby i Wacława Szczepkowskiego, wskazują że wymarsz nastąpił dzień wcześniej, a sama akcja miała być przeprowadzona 5 października. Według ich wersji 5 października akcja została zwinięta ze względu na to, że oczekiwany pociąg nie nadjechał. Żołnierze zostali ukryci na pobliskich mokradłach, gdzie przeczekali cały dzień i w nocy wrócili na pozycje. Oczekiwany pociąg nadjechał około godziny 1 w nocy z 6 na 7 października. Kolejna relacja, spisana przez Józefa Mazurkiewicza[7] z grupy „Radość”, przedstawia jeszcze inną wersję. Według niej oddział miał opuścić miejsce koncentracji w nocy z 4 na 5 października i dojść na miejsce akcji rankiem 5 października. Wówczas dopiero żołnierze mieliby rozbić biwak i przeczekać do zmroku.

Trudno jest w tej chwili rozstrzygnąć jednoznacznie, kiedy w rzeczywistości oddział wyruszył do akcji. Większość relacji wskazuje na to, że koncentracja oddziału nastąpiła wieczorem 4 października. Wysoce prawdopodobną wydaje się wersja Józefa Mazurkiewicza, który uwzględnił pomijany często aspekt, czyli czas. Oddział na dotarcie do miejsca akcji potrzebował co najmniej 3 godzin, tyle samo na powrót. Ponadto trzeba było rozlokować ludzi i zorganizować podwody. Jednocześnie sama koncentracja musiała się odbyć dość późnym wieczorem, aby dać możliwość dotarcia na jej miejsce żołnierzom z bronią długą już po zapadnięciu zmroku. W październiku na zmrok trzeba czekać co najmniej do godziny 2100. Według większości relacji na miejscu koncentracji „Skryty” organizował odprawy z dowódcami poszczególnych grup i sekcji. Opuszczenie miejsca koncentracji mogło zatem nastąpić najwcześniej około godziny 2200. Oddział dotarłby na miejsce akcji najwcześniej o godzinie 1 w nocy. Zabrakłoby w takim wypadku czasu na ściągnięcie podwodów, opanowanie nastawni i rozstawienie ludzi.

Wydaje się prawdopodobnie, że „Skryty” celowo zorganizował koncentrację i wymarsz na miejsce dzień wcześniej, aby przeprowadzić akcję w sposób jak najbardziej bezpieczny dla żołnierzy. Oddział mógł wówczas dotrzeć na miejsce w godzinach nocnych i spokojnie przeprowadzić ćwiczenia. Żołnierze zajęli i przygotowali stanowiska, które następnie przed świtem opuścili. Całkiem możliwe, że żołnierze nie zostali poinformowani o tym, że transport nadejdzie dopiero następnego dnia. Podobnie akcję ostrzelania pociągu pospiesznego przeprowadził „Skryty” 27 kwietnia 1944 r. Wówczas też oddział dotarł na miejsce jednej nocy, a samą akcję przeprowadził następnej. Pod koniec kwietnia noc trwa około 9 godzin, czyli o trzy godziny krócej niż na początku października. Większość akcji, jakie oddział przeprowadzał, odbywała się w ciągu jednej nocy, ale miały one miejsce zimą, kiedy noc była dłuższa, a mróz nie pozwalał na zorganizowanie biwaku.

W części relacji znajdują się wzmianki o udziale w akcji dawnej sekcji z Karczewa. W swoim artykule Jan Sosnowski nazywa ich „Oddziałem Specjalnym Otwock – Karczew”, w ten sposób wyraźnie zaznaczając, że sekcja nie należała do oddziału. Obok informacji o udziale ludzi z Karczewa, Sosnowski wśród uczestników akcji wymienia również Zygmunta Migdalskiego „ZZ”, jako przewodnika. W tym czasie „ZZ” pełnił funkcję dowódcy 1 kompanii wojsk liniowych Rejonu IV. Artykuł Sosnowskiego jest jedynym potwierdzeniem udziału Migdalskiego, nie potwierdzają tego inne relacje, nawet Wesołowskiego i Jobdy – Orłowskiego, co do których mamy pewność, że dobrze znali „ZZ”.

Wiele szczegółów zawartych w relacjach dotyczących akcji budzi mnóstwo kontrowersji i wymaga dalszych badań. Poniżej przedstawiono obszerne fragmenty artykułu Jana Sosnowskiego z przebiegu tej akcji:

Zbiórka pododdziałów „Radość” (d-ca Feliks Zaremba „Żmudzin”) i „Rembertów” (d-ca Eugeniusz Bocheński „Dubaniec”) nastąpiła o godz. 1900 koło cmentarza żydowskiego w Radości. Stąd udali się traktem, przechodząc lasami obok Czarnego Stawu, wzgórz falenickich do miejsca zbiórki całości, znajdującego się w trójkącie: – Wiązowna – Falenica – Józefów oznaczonego na mapie znakiem topograficznym „Kota 102”. Tam na przejęciu pododdziałów czekał „Skryty”. Po złożeniu meldunków o stanie osobowym i uzbrojeniu, który dla „Radości” wynosił 24+1 osób przy uzbrojeniu 1 erkaem, 22 kbk i broń krótka, „Skryty” poinformował, że powtarzamy akcję niedoszłą do skutku w Starej Wsi. Celem jest zdobycie broni, amunicji, obuwia, koców i żywności, wiezionych dla policji niemieckiej, stacjonującej w Dęblinie i Lublinie. Akcja musi być przeprowadzona bardzo szybko, ponieważ
w Śródborowie są oddziały feldschulle.

Główne zadanie otrzymuje oddział „Żmudzina”. Ma opanować blokownię przystanku Pogorzel, budkę dróżnika na przejeździe kolejowym między Pogorzelą a Starą Wsią, rozpoznać pociąg, wprowadzić go na bocznicę w Pogorzeli, odebrać kierownikowi pociągu torbę z dokumentami przewozowymi i przekazać ją „Skrytemu”, który na nastawni-blokowni ustali wagony wiozące broń i zaopatrzenie. Ponadto przed akcją zarekwiruje we wsi Świerk 5-7 furmanek, na które składana będzie zdobycz.

Zadaniem pododdziału „Wiązowna-Świdry” (d-ca Apolinary Akajewicz „San”) będzie ubezpieczenie tego pociągu od strony Śródborowa, gdzie ustawiono ckm „Maxim”, gdyby ukazały się formacje szkoleniowe Niemców. Trzy erkaemy stanowiły rezerwę uderzeniową na pociąg, gdyby zaszły z jego strony niespodzianki. Pozostali żołnierze pododdziału, rozlokowani wzdłuż bocznicy kolejowej, mieli zarekwirowaną broń, amunicję, koce i żywność przenosić na furmanki oczekujące kilkadziesiąt metrów za bocznicą kolejową. Tylko grupy „Otwock” i „Karczew” przygotowały łomy i worki.

„Skryty zająć miał stanowisko przy „Żmudzinie” na wprost lokomotywy. Gwizd „Skrytego” oznaczał koniec akcji. „San” z „Okrzeją” i „Dubańcem” tj. mniej więcej połową ludzi oddziału, mieli eskortować broń, Na przewodnika wyznaczony został „San”, leśniczy tego rejonu. Zdobyta broń miała być zmagazynowana
w Emowie, a pozostała część oddziału ze „Skrytym” na czele wracać będzie lewą stroną toru między Otwockiem a Karczewem. Przewodnikiem został Zygmunt Migdalski „ZZ”.

Zgodnie z tymi ustaleniami, „Żmudzin” z 14 ludźmi udał się po furmanki do sołtysa wsi Świerk. Sołtys przywitał ich gościnnie, częstując chlebem z masłem i mlekiem. Wkrótce przed domem stanęło siedem furmanek. „Żmudzin” oświadczył woźnicom, że zwrócone zostaną nazajutrz rano. Nikt nie protestował, życzyli powodzenia. Sołtys jedynie wspomniał, że ma obowiązek zameldować policji o zarekwirowaniu furmanek.
- Dobrze, spełnijcie swój obowiązek, ale jutro o 6 rano! – usłyszał[8]
- Słusznie – dowcipnie odparł sołtys – przecież godzina policyjna mnie też obowiązuje!
Rozstali się w najlepszej komitywie. „Żmudzin” z „Okrzeją” wsiedli do pierwszej furmanki. „Okrzeja” prowadził. Oddział ze „Skrytym” nie czekał na podwody, ale szedł w kierunku stacji Pogorzel. Jadąc truchcikiem dopędzili Oddział, który dochodził do przystanku Pogorzel. Tu „Żmudzin” przekazał „Okrzei” ludzi

i podwody. Witold Frydrych – Bursa „Witold” z trzema ludźmi otrzymał od „Żmudzina” polecenie zajęcia budki dróżnika między Pogorzelą a Starą Wsią.

- Meldować o spostrzeżeniach – wydawał rozkazy „Żmudzin” – i czekać na rozkaz opuszczenia stanowisk. „Błysk” (Bohdan Leski) i „Nemo” (Jerzy Mrozowski) pilnować będą kolejarzy na nastawni i prowadzić nasłuch telefoniczny w czasie akcji. „Sęp”(Józef Kazimierz Olszewski) z erkaemem i dwoma ludźmi zajmie stanowisko bojowe mniej więcej w połowie bocznicy z grupą „Falenica”. Ja przejmę torbę kierownika pociągu i po jej przekazaniu „Skrytemu” będę obserwował przebieg akcji, włączając się, o ile zajdzie ku temu potrzeba. Przy mnie jako ubezpieczenie i łącznicy „Władek” (Władysław Skowroński) i „Kmita” (Lech Narlewski). Zrozumiano?

W tym czasie pozostałe grupy, zgodnie z ustalonym planem, zajmowały stanowiska. Opanowanie nastawni i budki dróżnika nastąpiło bez żadnych trudności. Kolejarze szybko dostosowali się do sytuacji. Oczekiwano na pociąg, który według informacji kolejarzy i z bezpośredniego nasłuchu wyjechał z Warszawy. Jeszcze około godziny nic nie zakłóciło spokoju, żaden inny pociąg nie przejeżdżał. Nastawnia urzędowała normalnie. O godz. 115 upragniony pociąg przejechał stację w Otwocku. Na trasie nie ma już innego pociągu. „Żmudzin” bierze jednego kolejarza z nastawni i idą wzdłuż bocznicy, aby do głównych torów przelotowych włączyć bocznicę. Kłódka, jak przy stodole, zgrzytnęła, zwalniając łańcuch. „Żmudzin” własnoręcznie przestawia zwrotnicę. Każdy pociąg jadący z Warszawy musi wjechać na bocznicę.

Pociąg minął Śródborów. Słychać go. Kolejarz zamyka semafor wjazdowy na stację, o czym świadczy czerwone światło. „Żmudzin” doskakuje do kolejarza, który chce zatrzymać pociąg przed stacją. Przerażony kolejarz tłumaczy, że tak się zawsze praktykuje, gdyż pociąg musi być wyhamowany. W przeciwnym razie wykoleiłby się lub zeskoczył z szyn. To nie było naszym celem.

Idą na stanowiska. Z daleka dochodzi łoskot i sapanie pociągu, który, hamując dopomina się krótkimi gwizdami o wolną drogę. Dostaje zielone światło i z ostrym zgrzytem wtacza się na bocznicę, przy której semafor jest opuszczony. Nie może dostatecznie wyhamować, koła piszczą niemiłosiernie. Maszynista przejeżdża semafor i nagle daje kontrparę. Zderzaki walą o siebie i pociąg zatrzymuje się.

„Żmudzin przesuwa się razem z biegiem pociągu, pilnując pierwszych drzwi wagonu osobowego, doczepionego tuż za lokomotywą. Dobiega do drzwi, które otwierają się i kierownik z torbą z listami przewozowymi zeskakuje prosto w objęcia „Żmudzina”. Widzi pistolet, oddaje torbę. „Żmudzin” oddaje ją „Skrytemu”. I wtedy kątem oka widzi, że ktoś z grupy „Falenica” wspina się na stopnie wagonu osobowego.

- Wróć – krzyczy – Wróć!

Tamten nie reaguje. Otwiera drzwi wagonu i zostaje skoszony serią pistoletu maszynowego. Był to Karol Zakrzewski „Karol”. Maciej Grużewski „Socha”, który szedł mu z pomocą, został ranny. Koledzy odciągnęli zabitego od wagonu. Wywiązała się krótka strzelanina wzdłuż pociągu, przy czym ogień Niemców szedł głównie
z jego końca. Obsługa lokomotywy wyskoczyła na przeciwną stronę toru. Spoza brankartu wychyliła się głowa z pistoletem maszynowym. „Żmudzin” strzelił, głowa zniknęła. Wskoczył na lokomotywę, aby rozejrzeć się w sytuacji, ale ogień naszych, skierowany na lokomotywę, zmusił go do podążenia drogą obsługi. Stamtąd wrócił na swoje poprzednie stanowisko. Chwila przerwy i znów odezwały się strzały z naszych pozycji i kilka serii z pociągu.

Nagle stało się coś niesamowitego. Jeden z wagonów zaczął pęcznieć, przybierając kształt rozeschniętej beczki, w szparach między deskami pokazał się ogień i straszna eksplozja rozdarła powietrze. I jeszcze kilka słabszych wybuchów. W powietrzu wirują strzępy desek, gwoździe, żelastwo, przywiązane do drzew konie szaleją. Nic już nie można zrobić. Gwizdek „Skrytego” oznajmia koniec akcji. Wzywa do odwrotu.
Ruszyli w drogę powrotną, Przed wsią Świerk puścili konie, które same trafiły do swych właścicieli. „Skryty” z głównymi siłami Oddziału poszedł w lasy między Otwockiem a Karczewem. „Żmudzin” ich ubezpieczał.

Maciej Grużewski „Socha”, który zbagatelizował postrzał, nie mógł iść o własnych siłach. Koledzy mu pomagali, a potem nieśli. Trzeba było dać mu pomoc fachową. Musieliśmy zboczyć, aby zostawić siostrom zakonnym w Dźwigni koło Karczewa. Zygmunt Migdalski „ZZ” ze „Skrytym” udali się do Otwocka, a pododdziały rozeszły się każdy w swoją stronę. Dotarły bez przeszkód do Świdrów, ale wschodzący dzień uniemożliwił kontynuowanie drogi. Broń trzeba było schować i zamaskować w krzakach nad rzeką Świdrem. Wszyscy niemiłosiernie zmęczeni. Trzech zostało do pilnowania schowanej broni, którą wieczorem mieli przenieść do lokali żołnierze pododdziału „Falenica”, reszta odeszła.[9]

Niemcy w czasie przeszukiwania terenu odnaleźli ciało „Karolka” i przewieźli do kostnicy Miejskiego Szpitala w Otwocku.

 Karolek Zakrzewski, miał bardzo długie włosy na tak zw. „polkę”, w ogóle nie chciał chodzić do fryzjera. Niemcy z Kripo w Otwocku przywieźli Karolka do kostnicy w Sanatorium Przeciwgruźliczym w Otwocku, celem prowadzenia śledztwa i ustalenia, kto i skąd. Orzekli, jak się później dowiedziałem od „ZZ” – Zygmunta Migdalskiego z Otwocka, że to chłopak z lasu, bo bardzo zarośnięty. Ponieważ tego samego dnia, gdy go przewieźli, zostałem o tym fakcie powiadomiony, natychmiast zorganizowałem furmankę – podwodę i już w nocy z chłopcami swoimi zabraliśmy Karolka z kostnicy z Otwocka. Przygotowaniem do pochowania Karolka, do pogrzebu na cmentarzu w Falenicy zajęli się częściowo „Marian”, a dalej „Skryty” z chłopcami w Falenicy, gdzie odbył się pogrzeb. Przyprowadzono ojca Karolka i proboszcza – księdza Szulczyka.
Piękne, wzruszające przemówienie wygłosił proboszcz ks. Szulczyk po nim d-ca zgrupowania „Skryty”.
Żegnaliśmy Karolka. W pewnym momencie ojciec Karolka odpiął od swojej marynarki Krzyż Walecznych zdobyty jeszcze w pierwszej Wojnie Światowej (był w Legionach) i przypiął do krzyża postawionego na grobie Karolka. Następnie zwrócił się do mnie i „Skrytego” i powiedział: „Proszę mnie przyjąć do waszego szeregu jako ochotnika na miejsce mojego syna, przyjmijcie mnie panowie, wam brakuje jednego żołnierza, a ja będę na jego miejsce”. Wielkie było wzruszenie wśród wszystkich obecnych, łzy same cisnęły się do oczu. Wszyscy płakali.[10]

Był to pierwszy pogrzeb poległego „Kedywiaka” z Prawobrzeżnego Oddziału Dyspozycyjnego Komendanta Kedywu Okręgu Warszawskiego.[11] Maciej Grużewski „Socha”, ranny w akcji, zmarł na skutek odniesionych obrażeń w Warszawie:

[Maciejem Grużewskim, po umieszczeniu go u sióstr zakonnych w Dźwigni, (os. Anielin w Karczewie)] zajęli się doktor Malczewski z Karczewa i nasza sanitariuszka „Orlika”, która codziennie odwiedzała chorego. Stan rannego pogarszał się, trzeba go było przewieźć do szpitala w Otwocku. Pomógł nam w tym wyższy personel szpitala, który również działał w konspiracji. Sanitariuszka „Orlika” w sprytny sposób przewiozła rannego. Na konnym wozie umieściła tabliczkę urzędową z dużym napisem w języku polskim i niemieckim „tyfus plamisty”. Należy dodać, że tyfus plamisty w tym okresie był powszechny i Niemcy panicznie się go bali. W ten sposób ranny znalazł się w szpitalu w Otwocku.[12]

Ponieważ lokalnie nie było możliwości wyleczenia, potrzebna była operacja, stan się pogarszał (pocisk zatrzymał się w nerce od ramienia przez całe plecy, drugi w rękę prawą poniżej dłoni, pomiędzy obie kości). „Skryty” po załatwieniu w W-wie umieszczenia Maćka w Szpitalu – po kilku dniach spowodował jego zabranie. Przyjechała karetka z Warszawy i Maćka zabrali[13]. Opiekował się nim lekarz – chirurg w stopniu generała przed wojną, który jak się później okazało, był osobistym przyjacielem ojca Maćka. Ojciec Maćka w tym czasie przebywał w Oflagu w Niemczech. Maćkowi usunięto nerkę. Rany nie goiły się, ponieważ jak się później okazało, Maciek chorował na cukrzycę, o czym w ogóle nikt nie wiedział.[14] [Maciej Grużewski zmarł w szpitalu Ujazdowskim w Warszawie 21 listopada 1943 r.[15] Został pochowany przez rodzinę.]

 

Sebastian Rakowski
Zobacz także: Sebastian Rakowski, Oddział Skrytego, Otwock 2011.


[1] W Rozliczeniu Kedywu Okręgu za październik 1943 r. znajdujemy zapis dotyczący „Skrytego” i wymieniający sumę 3.000 zł jako koszt związany z przeprowadzeniem akcji. [W:] H. Rybicka, Kedyw Okręgu Warszawa Armii Krajowej. Dokumenty – rok 1943, Warszawa 2006, s. 177. Jednocześnie w sprawozdaniu za październik 1943 r. i jego odpisie, publikowanych j.w. brak wzmianki o tej akcji.
[2]
Według raportu niemieckiego powinno być nr 7509.
[3]
Na podstawie relacji Mariana Wesołowskiego.
[4]
J. Sosnowski, Z nieznanych kart dywersji bojowej. Akcja „Pogorzel”, WTK, Nr 11, 1978 r.
[5]
Na podstawie relacji Tadeusza Jobdy – Orłowskiego.
[6]
H. i L. Witkowscy, Kedywiacy, Warszawa 1973, ss. 230-235, na podstawie relacji Jana Kamińskiego, Feliksa Zaremby i Wacława Szczepkowskiego.
[7]
Na podstawie relacji Józefa Mazurkiewicza.
[8]
Z raportu policyjnego: „7 X 1943 r. o godz. 7.00 sołtys wsi Świerk, gm. Wiązowna zameldował, że w dniu 6 X o godz. 22.00 do jego wsi przybyło ok. 10 osobników uzbrojonych w karabiny i rewolwery. Zażądali oni od niego podstawienia 7 podwód. Sołtys wydał podwody, na których osobnicy ci bez wiejskich furmanów – udali się w kierunku Pogorzeli”. Dokument opublikowany [w:] H. Witkowski, „Kedyw” Okręgu Warszawskiego AK w latach 1943 – 1944, Warszawa 1984, s. 271.
[9]
J. Sosnowski, Z nieznanych kart dywersji bojowej. Akcja „Pogorzel”, WTK, Nr 11, 1978 r. [na podstawie relacji F. Zaremby].
[10]
Relacja Mariana Wesołowskiego.
[11]
W Rozliczeniu Kedywu Okręgu za październik 1943 r. znajdujemy zapis dotyczący „Skrytego” i wymieniający sumę 1.000 zł jako koszt związany z pogrzebem zabitego. Zapis dotyczy Karola Zakrzewskiego. [w:] H. Rybicka (red.), Kedyw Okręgu Warszawa Armii Krajowej. Dokumenty – rok 1943, Warszawa 2006, s. 177.
[12]
Relacja Tadeusza Jobdy – Orłowskiego.
[13]
W relacji własnej dr kpt Stanisław Oracz, lekarz w IV Rejonie, ordynator oddziału chirurgicznego Szpitala Powiatowego w Otwocku, wspomina, że jego zadaniem była między innymi opieka nad rannymi żołnierzami AK w terenie, w cięższych przypadkach, hospitalizowanie ich na swoim oddziale hirurgiczny a także transportowanie ich do szpitali warszawskich Maltańskiego lub Ujazdowskiego. W swojej relacji wspomina o żołnierzaqch rannych w akcjach kolejowych. Relację Oracza potwierdza oświadczenie Jana Dorożyńskiego, szefa służby zdrowia Obwodu VII. Na podstawie życiorysu własnego Stanisława Oracza, Oświadczenia dra Jabna Dorożyńskiego z 2 lipca 1973 r. Zbiory Muzeum Ziemi Otwockiej, Teczka Stanisława Oracza.
[14]
Relacja Mariana Wesołowskiego.
[15]
W Rozliczeniach Kedywu Okręgu za październik i listopad 1943 r. znajdujemy zapisy dotyczące „Skrytego” i wymieniające następujące pozycje dotyczące rannego, październik: Pogotowie, szpital Grupa Skrytego – 1.000 zł, Leczenie rannego – 1.961 zł, Nosze sanitarne – 60 zł. listopad: Szpital, dożyw., lecz., pogrzeb [zmarłego] rannego – Gr. Skrytego – 8.840 zł. Zapisy dotyczą Macieja Grużewskiego. [w:] H. Rybicka (red.), Kedyw Okręgu Warszawa Armii Krajowej. Dokumenty – rok 1943, Warszawa 2006, ss. 177-179. W Sprawozdaniu za listopad 1943 r. w rubryce straty własne podana jest informacja o śmierci „Sochy” 21 listopada, jednak błędnie przytoczona została data akcji, w wyniku której został ranny (14 października), sprawozdanie opublikowane j.w., s. 73.

 
Brak komentarzy

Napisane przez w kategorii Bez kategorii

 

Dodaj komentarz