RSS
 

29 lutego 1944 r., wtorek

14 mar

W raporcie żandarmerii niemieckiej znajduje się pod tą datą zwięzły meldunek dotyczący przeprowadzonej w tym dniu akcji oddziału „Skrytego”:
O godz. 1.30 grupa partyzantów (w tym jedna kobieta) wysadziła w dwóch miejscach tory – na odcinku Otwock – Pogorzel (przy 32,4 km). Miny były uruchomione elektrycznie. Wybuch, który zniszczył 5 m szyny, nastąpił w momencie przejazdu pociągu urlopowego z frontu (nr 84), jadącego z Kowla do Hamm w Westfalii. Wykoleiło się 10 wagonów. Pociąg został następnie ostrzelany z karabinów maszynowych i karabinów. Zabitych zostało 5 żołnierzy Wehrmachtu[1] i niemiecki kolejarz, 11 żołnierzy było rannych.[2] Pięć minut później ta sama grupa partyzancka wysadziła tory (ok. 50 – 60 cm szyn) obok nastawni – 1 km na płd. wschód od miejsca poprzedniej akcji. Ruch został zatrzymany do godz. 12.00.[3]

 Z kolei w obwieszczeniu dowódcy SS i Policji z 17 marca 1944 r. znajdujemy następujący zapis dotyczący tej akcji oraz strat, jakie ponieśli Niemcy:
„Dnia 29.II.1944 r. w pobliżu miejscowości Otwock wykolejono przez wysadzenie w powietrze pociąg pospieszny i następnie niecni sprawcy ostrzelali go, po czym większa liczba Niemców została zabita i poraniona…”.[4]

Akcję przeprowadził oddział „Skrytego”. Miejscem ataku był odcinek toru w pobliżu Pogorzeli Warszawskiej. Do akcji „Skryty” „wypożyczył” od oddziału dyspozycyjnego „B” por. „Kosy” pięcioosobową sekcję uzbrojoną w pistolety maszynowe. Sekcja włączona została do grupy szturmowej. W sekcji warszawskiej znalazł się brat „Kosy” ppor. Henryk Witkowski „Boruta”. W swojej pracy tak opisał tę akcję:

W końcu lutego, po powrocie z akcji pod Skrudą, por. „Skryty” zwrócił się do por. „Kosy” z przyjacielską prośbą o wypożyczenie kilku ludzi uzbrojonych w pistolety maszynowe. Opracował bowiem plan zniszczenia pod Pogorzelą pociągu pospiesznego Lublin – Stuttgart i ludzie ci byli mu potrzebni jako sekcja fizylierska do bezpośredniego natarcia na zatrzymane wybuchem wagony. Znając z opowiadań brawurowe akcje „Skrytego” oraz wysoki stopień wyszkolenia jego oddziału, bez chwili wahania i z radością zgłosiłem swój udział. Nie musiałem rozpracowywać szczegółów akcji. Zadaniem mojej sekcji miała być początkowo osłona prac minerskich i pomoc przy opanowaniu blokowni, a następnie zajęcie stanowisk w pobliżu nasypu kolejowego wraz z grupą grenadierów i ostrzelanie z bliska ogniem pistoletów maszynowych oraz obrzucenie granatami wagonów w momencie, gdy zacznie się kotłowanina wśród ogarniętych paniką Niemców.

Gdy na miejscu koncentracji zobaczyłem ten oddział, oczy stanęły mi kołem z wrażenia. Prawie wszyscy mieli na sobie białe prześcieradła, okrycia ochronne i karabiny, część ludzi miała na głowach hełmy, a na stojącej obok podwodzie jeżyły się lufy karabinów maszynowych. Karność jak w normalnym oddziale regularnego wojska, ale jednocześnie wyczuwało się, że nie jest ona wymuszona, lecz zrodzona z koleżeństwa wiążącego tych ludzi ze sobą i z dowódcą. Patrząc na to wojsko na zbiórce, a później w marszu, trudno było zapomnieć, że część tych ludzi przed niespełna godziną jechała wraz ze mną kolejką, niczym nie odróżniając się od pasażerów.

Brnąc po kolana przez głęboki śnieg dotarliśmy przed północą do skraju lasu. Przed nami, w odległości około osiemdziesięciu metrów, rysował się kontur dość wysokiego nasypu kolejowego. Na prawo migotały przyćmione światła budynku blokowni Pogorzel, którą „Skryty” polecił mi opanować przed przystąpieniem oddziału do akcji, przydzielając do tego celu pięciu ludzi ze swego oddziału, specjalistów od tego rodzaju zadań. Szybko wspięliśmy się po stromych schodkach na nasyp. „Rola” i „Jasny” z mojej sekcji pozostali na ubezpieczeniu przy blokowni, dwóch ludzi z oddziału ppor. „Skrytego” zajęło stanowiska obserwacyjne przy torach od strony stacji Stara Wieś, a sam w asyście „Żmudzina”, „Nemo” i „Błyska” wkroczyłem do wnętrza budynku. Było tam tylko dwóch kolejarzy – Polaków. Na nasz widok momentalnie podnieśli ręce do góry, odskakując jak najdalej od aparatu telefonicznego i dalekopisu.

- O znowu mamy gości – odezwał się jeden z nich z uśmiechem. – Dość często nas teraz odwiedzają, ale chyba czas, byście nas ze sobą zabrali, bo Niemcy zaczynają nas już mocno podejrzewać.

Na szczęście nie trzeba było groźbą wymuszać informacji. Szybko, jak wyuczoną lekcję, wyrecytowali wszystko, co było nam do szczęścia potrzebne. A więc, że przechodził już patrol „Kałmuków” i następnego można się nieprędko spodziewać, kto, kiedy i po co telefonuje oraz najważniejsze, że interesujący nas pociąg powinien nadejść mniej więcej za pół godziny. „Żmudzin” polecił im spokojnie pracować, a po odebraniu awiza ze Starej Wsi o przyjeździe pociągu dać zielonym światłem semafora wolną drogę i natychmiast po tym zniszczyć urządzenia łączności. Przyznam, że z niekłamanym podziwem obserwowałem pracę „Żmudzina” i jego kolegów. Widać było, że doskonale orientują się w charakterze pracy na blokowni i znają jej urządzenia. Gwoli prawdy to właściwie ja uczyłem się od nich tej „roboty”, a fakt powierzenia mi przez „Skrytego” dowództwa nad tą grupą przyjąłem w tej sytuacji po prostu jako akt kurtuazji z jego strony. Wszystko tu przebiegało tak szybko i sprawnie, że w kilka minut później dałem sygnał por. „Skrytemu” i wkrótce ekipa minerów wyruszyła na tory, zatrudniając przy tym mojego „Mewę” i „Skorpiona”.

Tory zostały zaminowane, a w kilkanaście minut później na blokowni odebrano awizo ze Starej Wsi o przejściu „Urlaubzugu”. Podnosi się ramię semafora z zielonym światłem, obaj kolejarze w mgnieniu oka zostali dokładnie spętani „w kij”, jedno szarpnięcie sznurem telefonu, uderzenie łomem zamienia dalekopis w kupę złomu i wyskakujemy na zewnątrz. Od strony Starej Wsi błyskają światełka wysuniętych w tamtym kierunku obserwatorów. „Żmudzin” wraz ze swą grupą biegnie na stanowiska oddziału, a ja z „Rolą” i „Jasnym” pod nasyp, gdzie spotykamy się z „Mewą” i „Skorpionem” oraz kilku grenadierami z oddziału por. „Skrytego”. Leżymy rozrzuceni szerokim wahlarzem niemal pod samym nasypem w różnych dołkach i zagłębieniach, pod skąpą osłoną rachitycznych gałązek z rzadka rozsianych krzaczków. Jeśli pociąg zatrzyma się natychmiast po wybuchu miny, to mniej więcej w tym miejscu powinny stanąć środkowe wagony.

Już go słychać, za chwilę widać pióropusze rozsypujących się rojów iskier, błyskają światła lokomotywy. Mija budynek blokowni, przed oczami przesuwa się sznur wagonów i nagle błysk, huk i zgrzyt przewracającego się parowozu i dziesięciu wykolejonych wagonów wwierca się w uszy i przytłacza do ziemi. Gwizdek „Skrytego” i w tej samej sekundzie wzdłuż całej lizjery lasu zaterkotały długie serie z broni maszynowej i rozległy się salwy karabinowe. Nie powiem, by ten przelatujący nad głową grad ołowiu sprawiał specjalnie przyjemne wrażenie. Nic więc dziwnego, że odruchowo odwróciłem głowę do tyłu, ale to, co zobaczyłem, było wprost fascynujące. Na tle smołowo czarnej ściany lasu rozpłomieniały się szybko po sobie następujące rozbłyski ognia, a w stronę pociągu biegły, jak w zwolnionym filmie, długie paciorki świetlistych punkcików, kończąc swój lot – podobny do lotu świętojańskich robaczków – na czarnych pudłach wagonów. Przyznam, że choć sprawy wojska nie były mi obce, to po raz pierwszy widziałem efekt nocnego ostrego strzelania amunicją świetlną w takiej scenerii. Powtórny gwizdek „Skrytego” przerwał tę falę ognia. Zapanowała cisza, którą przerywały tylko dobywające się z wnętrza wagonów krzyki, przekleństwa, jęk i wołania o pomoc. Przywarliśmy mocniej do śniegu, sprężyliśmy się psychicznie i fizycznie, zbliżał się bowiem moment naszego działania… Początkowo ostrożnie, później coraz śmielej zaczęły otwierać się drzwi wagonów, z potrzaskanych okien zaczęły wychylać się sylwetki Niemców, a wkrótce zaroiło się od nich wzdłuż pociągu, zaczęły padać rozkazy, formować się uzbrojone grupki. Teraz! Rozterkotały się nasze „Steny”, posypały granaty i „Filipinki”. Nowe wrzaski, nowe jęki, jeszcze więc jedna seria, druga i trzecia, zanim zdążą pochować się pod wagony i odgryzać ogniem. Przemykamy chyłkiem pod osłoną zbocza nasypu w kierunku budynku blokowni, skręcamy w bok, wychodzimy na prawe skrzydło oddziału i po chwili meldujemy się „Skrytemu”. Ten jednak nie przerywa jeszcze akcji. Odczekał kilka minut, dał sygnał gwizdkiem i znowu rój świetlistych pocisków posypał się w stronę pociągu. Ale było to już ostatnie uderzenie. Milkły jedno po drugim stanowiska broni maszynowej, ludzie szybko wycofali się na punkt zborny i wkrótce oddział marszem przyspieszonym wyruszył w drogę powrotną.

W czasie tej drogi miałem możność jeszcze raz podziwiać sprawność bojową oddziału. Szedłem właśnie ze „Skrytym” na czele kolumny, która sunęła za nami dwoma rzędami po obu stronach leśnej drogi, gdy nagle wysunięci do przodu szperacze dali sygnał do zatrzymania się. Usłyszeliśmy skrzypienie wozu, jakieś głosy i końskie sapanie. Uskakując w bok pod osłonę drzew mimo woli odwróciłem głowę do tyłu i stwierdziłem, że z idącego za nami wojska nikogo nie ma na drodze.

- Niech pan nie dziwi się – odpowiedział „Skryty” na moje pytające spojrzenie. – Każdy w oddziale dobrze zna swoją rolę i gwarantuję, że w tej chwili są już na stanowiskach gotowi do walki.

Do walki jednak nie doszło, bowiem za chwilę okazało się, że drogą jechał wóz załadowany po brzegi mięsem z nielegalnego uboju, prawdopodobnie z pobliskiego Karczewia, który w czasie okupacji stanowił dla głodującej Warszawy ośrodek zaopatrzenia w „rąbankę” i wędliny domowego wyrobu.[5]

17 marca Niemcy dokonali egzekucji 60 polskich przestępców w ramach odwetu m. in. za omawianą akcję „Skrytego”. Na obwieszczeniu dowódca SS i policji dystryktu warszawskiego po raz kolejny wzywał mieszkańców Warszawy i powiatu do zaprzestania ataków na Niemców oraz do współpracy. Jak zawsze i to wezwanie pozostało bez żadnej odpowiedzi.

Sebastian Rakowski
Zobacz także: Sebastian Rakowski, Oddział Skrytego…, Otwock 2011.


[1] W pracy B. Kobuszewskiego, autor podaje prawdopodobnie na podstawie tego samego meldunku liczbę 6.
[2] „Biuletyn Informacyjny” nr 11 z 16 marca 1944 r. podał, prawdopodobnie za raportem „Skrytego”, że straty Niemców w tej akcji wyniosły około 200 zabitych i rannych.
[3] J. Adamska, Kronika..., s. 273.
[4] Treść obwieszczenia za: H. Witkowski, „Kedyw” Okręgu Warszawskiego AK w latach 1943 – 1944, Warszawa 1984, WZZ, s.303.
[5] H. i L. Witkowscy, Kedywiacy, Warszawa 1973, ss. 279 – 284, relacja własna Henryka.

 
Brak komentarzy

Napisane przez w kategorii Bez kategorii

 

Dodaj komentarz