RSS
 

30 marca 1944 r., czwartek

30 mar

W drugiej połowie marca dotarł do oddziałów dywersyjno – bojowych „Kedywu” Okręgu Warszawskiego rozkaz płka Antoniego Chruściela „Montera”. Chruściel polecał w nim rozpoczęcie akcji unieruchamiania tartaków, mleczarni i gorzelni, niszczenia w gminach akt i kartotek kontyngentów mięsnych i nabiałowych oraz akt i dokumentów ewidencyjnych w Arbeitsamtach.[1]

W związku z tymi wytycznymi 30 marca Oddział „Skrytego” przeprowadził szereg jednoczesnych akcji niszczenia akt w zarządach Gmin. Uderzono na te same urzędy, w których spalono niebezpieczne dokumenty 9 miesięcy wcześniej.

 

Akcja niszczenia dokumentów w Zarządzie Gminy Falenica z siedzibą w Michalinie.

Po akcji z 19 lipca 1943 r., w której spłonął budynek Zarządu Gminy Falenica, urząd przeniesiono do dawnego pensjonatu „Zachęta” w Michalinie. 30 marca weszli tu żołnierze pododdziału „Falenica” i przeprowadzili akcję zniszczenia dokumentów, w tym spisów kontyngentowych i dokumentów ewidencyjnych. Akcją dowodził pchor. Wacław Szczepkowski – dowódca pododdziału.

Akcja znalazła odbicie w źródłach niemieckich. I tak w raporcie policyjnym czytamy:

 „30.III.1944 r. o godz. 12.15 nieustalona liczba uzbrojonych w pistolety osobników wkroczyła do lokalu Zarządu Gminy w Michalinie, gdzie po sterroryzowaniu urzędników i mieszkańców wsi zniszczono połączenie telefoniczne i wszystkie akta urzędowe gminy. O godz. 17.00 opuszczono lokal, zabierając maszynę do pisania i większą ilość wódki. Napastnicy oddalili się do pobliskich lasów”.[2]

Uczestnik tego ataku, Hieronim Jagielski,[3] tak wspomina planowanie i przebieg powtórnej akcji „Palenie”:

Minęło niespełna dziewięć miesięcy, gdy znowu otrzymaliśmy rozkaz niszczenia dokumentów w gminach. Tak jak poprzednio, objęliśmy tą akcją gminy: Rembertów, Falenica, Wiązowna, Karczew. Falenica to nasz teren. Urząd gminy, wskutek spalenia budynku w poprzedniej akcji, został przeniesiony do Michalina, do dużego pensjonatu „Zachęta”. Ten dwupiętrowy budynek mieścił się przy szosie, w bezpośredniej bliskości stacji kolejowej. Skromny urząd gminy pod koniec okupacji rozrósł się do rozmiarów poważnej instytucji, zatrudniał około stu pracowników.

Parę dni przed akcją spotkałem „Wacława”.
- Cześć.
- Cześć.
- Co słychać?
- Był Piter – powiedział Wacek (wśród nas „Skrytego” nazywaliśmy „Piterem” od jego drugiego pseudonimu „Piter”) – będziemy robić gminę.
- Jeszcze raz? – mówię – Niedawno przecież spaliliśmy dokumentnie.

I w ten sposób rozpoczęły się przygotowania: rozpoznanie, podział funkcji, ról. Ustalono, że będziemy robić, nie w nocy jak poprzednio, ale w dzień. Ten aspekt czynił akcję poważnie niebezpieczną, ponieważ w godzinach urzędowania nierzadko zaglądała żandarmeria lub chociażby Niemcy – cywile. Wszystko to miało posmak emocji, tym bardziej, że w akcji brało udział 18 chłopców, uzbrojonych w PM-y, broń krótką, granaty i jeden RKM.

Najtrudniejsze było błyskawiczne opanowanie budynku wraz z urzędnikami i interesantami, których zawsze było w gminie pełno, a tego dnia wyjątkowo dużo, gdyż odbywały się szczepienia ochronne.

Około godziny 10-tej zebraliśmy się w lasku niedaleko stacji kolejki dojazdowej (Ciuchci). Tu nastąpiły ostatnie przygotowania, ostatnie wskazówki i wyjaśnienia Wacka – „Wacława”, który z nieodłącznym erkaemem, miał ubezpieczać od strony szosy i bramy wjazdowej. Felek „Żmudzin” miał zaopiekować się wójtem i kasjerem. Ja – sekretarzem i sekretariatem. Inni – poszczególnymi referatami.

Personel gminy zgrupowaliśmy w stołówce na parterze, interesantów zaś w wydzielonych pokojach.

Moment opanowania był chyba najtrudniejszy, gdy weźmie się pod uwagę, że musieliśmy się rozproszyć po piętrach i licznych pokojach i to, że było nas mało. Trzeba było działać szybko, wprost troić się.

Rozpoznanie nasze opierało się zasadniczo na własnych obserwacjach oraz informacjach zaczerpniętych od ojca naszego kolegi pracownika gminy (Arkadiusza Radziszewskiego „Kolki”). Około 1030 byliśmy gotowi i weszliśmy na posesję gminy od bocznej ulicy. Okrążyliśmy budynek, blokując dwa wejścia: frontowe i boczne. Jednocześnie część chłopców, których zadaniem było zerwanie łączności telefonicznej wkroczyła z bronią do pomieszczeń, gdzie znajdowały się aparaty telefoniczne.

Z pistoletem w ręku wszedłem do sekretariatu. Pokój obszerny, po lewej stronie za biurkiem siedział sekretarz gminy, wokół biurka, stojąc lub siedząc 5 panów, pochłoniętych rozmową, a między nimi komendant policji polskiej z Falenicy.

- Ręce do góry – powiedziałem – stanąć twarzą do ściany. Komendant w tył zwrot i zostać na miejscu.

Charakterystyczne było, że pierwszy zareagował komendant PP inni dopiero na powtórny rozkaz „Ręce do góry”, zaskoczeni podnieśli ręce do góry. Zaraz potem zerwałem kabel telefoniczny i zabrałem pistolet „Visa” sierżantowi PP, a następnie wyprowadziłem całe towarzystwo na korytarz i schody. Tu rozstawieni chłopcy kierowali wszystkich na dół do stołówki. Niecodzienny był to widok, gdy korowód wystraszonych a nawet przerażonych ludzi, z rękoma do góry sunął korytarzem i dalej spływał po schodach na dół.

Na świetlicy – stołówce dopiero ludzie ochłonęli z pierwszego przerażenia i zaczęli najpierw szeptem, a później głośno komentować zdarzenie, którego byli świadkami pierwszy raz.

Gdy interesanci i urzędnicy zostali zlokalizowani w jednym miejscu, przystąpiliśmy do właściwego zadania tzn. niszczenia akt i dokumentów.

Nie będzie nie do rzeczy wspomnieć, że przy tej całej historii z personelem, nie obeszło się bez omdleń i histerycznych spazmów. Ale udało się to wszystko załagodzić.

W założeniu miano palić papiery w kotłowni, niestety nie dało się tego zrealizować z powodu zbyt powolnego tempa spalania. Podsunąłem więc myśl palenia w pustej betonowej piwnicy, gdzie okienko było kominem a podłoga paleniskiem. Do znoszenia akt zaprosiliśmy pracowników gminy, którzy z zapałem dźwigali sterty papieru.

Tymczasem na świetlicy wśród personelu i interesantów, atmosfera uległa odprężeniu, zwłaszcza, gdy zorientowano się o charakterze naszej akcji. Niektórzy chłopcy zostali rozpoznani, mnie także poznano mimo przebrania.

Na parterze, gdzie ostatecznie skupiła się cała akcja, ustawiono na korytarzu stoły i nasi dzielni wojacy pałaszowali obiady przygotowane przez kuchnię gminną. Aby wywołać wrażenie, że nas jest więcej niż w rzeczywistości, zjadaliśmy po parę porcji. Tak na przykład szczupły i nieduży Józio Janik „Baryton” potrafił zjeść podobnież pięć porcji. Inni mniej, ale też zjadali po 2 – 3 obiady.

Nad bezpieczeństwem całej akcji czuwał w holu u drzwi wejściowych z RKM-em Wacek. Miał on też zadanie przejmowanie wchodzących do gminy. Pomagałem mu w tym.

Dochodziło do komicznych sytuacji. Niezrozumiałe było dla ludzi, żeby na terenie urzędu buszowali uzbrojeni cywile. Nikt nie przypuszczał, aby partyzanci w biały dzień odważyli się na to. Na zewnątrz budynku, z drugiej strony stał na ubezpieczeniu lokalu Stanisław Pytlarczyk „Czarny”.

Mijały godziny, ale palenie papierów szło opornie. Cała akcja przedłużała się. Napięcie nerwowe osłabło. Wszystko stawało się nużące. Dawno minęły godziny urzędowania, a my jeszcze okupowaliśmy gminę. Dopiero o godzinie 16.00 opuściliśmy gminę. Pozostał jeszcze tylko „Żmudzin” z paroma kolegami. On też ubezpieczał nasze wycofanie. Wycofaliśmy się do lasu w stronę Wisły, obciążeni dodatkowym bagażem w postaci maszyn do pisania i liczenia.

Tymczasem „Żmudzin” odczekawszy jakiś czas, uświadomiwszy przy tym zatrzymanych urzędników i interesantów o konieczności zachowania milczenia, również wycofał się.

W Świdrze, gdzie się spotkał ze „Skrytym” zameldował mu o wykonaniu rozkazu.

Komentarze, jak w takich wypadkach bywa, były bardzo przesadzone. Wieści przekazywane z ust do ust urastały na miarę fantazji.

W związku z naszą akcją Niemcy nie zastosowali w stosunku do ludności żadnych represji.[4]

 

Akcja niszczenia dokumentów w Zarządzie Gminy Wiązowna

Akcję przeprowadziła drużyna z pododdziału „Świdry – Wiązowna” pod dowództwem Ryszarda Barańskiego „Okrzei”.[5] Ze względu na brak relacji jej uczestników, musimy przy jej opisie bazować na niemieckim raporcie policyjnym. Według dokumentu w tym dniu o godzinie 15.15 uzbrojona grupa zniszczyła akta w Zarządzie Gminy Wiązowna oraz zabrała maszynę do pisania i powielacz.[6] Zniszczone wówczas dokumenty to m. in.: spisy kontyngentów nabiałowych i mięsnych oraz różnego rodzaju akta i dokumenty ewidencyjne, wskazane przez zaufanych urzędników Zarządu Gminy jako konieczne do zniszczenia. Akcja trwała do godziny 17.00.[7]

 

Akcja niszczenia dokumentów w Zarządzie Gminy Karczew.

Tu schemat działania był niemal identyczny, jak w dwóch poprzednich miejscowościach. Około godziny 16.30 kilkunastoosobowy oddział bojowy z grupy „Skrytego”, po opanowaniu budynku Zarządu Gminy w Karczewie, spalił spisy kontyngentów nabiałowych i mięsnych oraz różnego rodzaju akta i dokumenty ewidencyjne, wskazane przez zaufanych urzędników Zarządu Gminy jako konieczne do zniszczenia.[8] W niemieckim raporcie ponadto podano, że grupa liczyła 8-11 mężczyzn i że zniszczyli kartoteki mieszkańców, zabrali maszynę do pisania i ok. 4900 zł.[9]

Uczestnikiem tej akcji był Jan Kamiński „Grzmot”, który opisał ją w swoich wspomnieniach. Oto obszerny ich fragment:

Rozkaz od „Ryszarda” brzmiał:

- Zawiadomić „Łysego” i „Żaka” – zabrać pistolety, stena i granaty, zostawić w domu kenkarty i wszystkie dowody mogące świadczyć o tożsamości. Wsiąść do „Ciuchci” odjeżdżającej z Warszawy z mostu Kierbedzia o godz. 9.00. Czas odjazdu ze stacji Międzylesie ustalić we własnym zakresie. Wykupić koniecznie bilety powrotne, by nie było nieporozumień z konduktorami. Jechać pojedynczo, w widocznej odległości jeden od drugiego. Wysiąść na stacji Karczew, iść w kierunku rynku, przy którym znajduje się posterunek policji i urząd gminy. Jasne?

- Tak jest.

Następnego dnia, już chyba na pół godziny przed planowanym odjazdem „Ciuchci” wszyscy kręcili się w okolicach budynku stacyjnego. Tak na wszelki wypadek, żeby się nie spóźnić. Chodziliśmy już kilkakrotnie na różne akcje. Zbiórka wyznaczona była jednak zawsze raczej na godziny wieczorne, bądź to w lesie gdzie dowożono nam broń, bądź w określonym miejscu, gdy było się wyznaczonym do przewiezienia broni.

Wiadomo było z góry, że poleci w powietrze pociąg. Nie było wiadome jedynie miejsce akcji. Ale dziś w biały dzień i to z jakimiś dziwnymi poleceniami, jak mamy się zachować w „Ciuchci”.

W pociągu na kolejnych przystankach dosiedli się pojedynczo znajomi chłopcy. W Karczewiu byliśmy pierwszy raz. Nie znałem drogi do rynku, dlatego właśnie trzymałem się w pobliżu „Żaka” i „Łysego”. Po drodze podchodził do nas „San” i przekazywał szczegółowe rozkazy. Nareszcie dowiedziałem się, co jest celem naszej wyprawy. Mieliśmy opanować Urząd Gminy. Co to miało dać, w dalszym ciągu nie rozumiałem. Nie było jednak ani czasu, ani zwyczaju zadawać zbędnych pytań. Moje zadanie było wyraźne. Iść w przedostatniej parze. Ostatnia para miała pozostać przed drzwiami frontowymi, osłaniając oddział od zewnątrz. Po wejściu do budynku mieliśmy zatrzymać się z „Łysym” na półpiętrze, obserwować drzwi posterunku policji polskiej, który znajdował się na parterze. Broń mieć ukrytą. Wszystkich wpuszczać, nie pozwalać nikomu wyjść. W przypadku, gdyby któryś z policjantów chciał opuścić lokal, rozbroić. W razie potrzeby opanować posterunek. Użyć broni tylko w ostateczności. Wszystkie meldunki miał przekazywać jeden z nas stojącej na piętrze, przy drzwiach wejściowych w sali urzędu, obstawie. Meldować o sytuacji co pięć minut, a w razie potrzeby natychmiast.

Tego jeszcze nie było. Biały dzień, miasto, posterunek policji, urząd, mnóstwo ludzi. W lesie czułem się dobrze. Byłem już „otrzaskany”, ale tutaj na schodach w nieznanym budynku, na przeciw drzwi posterunku policji, czułem się nieswojo. Nie dawała mi spokoju ciekawość, co oni tam, u diabła, robią w tej gminie?

Pierwszy z meldunkiem poleciał „Łysy”. Nie po pięciu, a po trzech minutach. Nie wytrzymał dłużej. Też był ciekawy, co się dzieje na piętrze.

- Wszystko w porządku – zameldował. Rozejrzał się po sali i wrócił.

- Wszyscy stoją z rękami w górze, a chłopaki z bronią na wierzchu chodzą po sali – powiedział mi szeptem.

Z następnym meldunkiem, również w niespełna dwie minuty poleciałem ja. Część urzędników i interesantów miała już ręce opuszczone. Niektórych rewidował „San” i „Ryszard”. „Grzmot”, stojąc z boku ze stenem, obserwował salę. Ciekawiło mnie ogromnie, co będzie dalej, ale trzeba było wracać na swoje stanowisko.

Obserwowaliśmy drzwi posterunku. Nic się nie działo. Wszystko było w porządku. Po pewnej jednak chwili otworzyły się drzwi i wyszedł policjant.

- I my coś będziemy mieli do roboty – ucieszyliśmy się w skrytości.

Policjant jakby zorientował się w sytuacji. Popatrzył na nas, a następnie jedną ręką zaczął poprawiać sobie czapkę, drugą położył na klamce, jakby dając do zrozumienia, że ani mu w głowie posłużyć się karabinem, który miał na ramieniu. Korciło nas bardzo zdjąć mu ten karabin, ale rozkaz był jednoznaczny: Użyć broni tylko w ostateczności. Ten diabeł swoim zachowaniem nie dawał nam jednak najmniejszej szansy, abyśmy mogli z naszych pistoletów zrobić użytek. Obrócił się powoli, wszedł z powrotem do środka i wyczuć można było, że ze zdenerwowaniem zaryglował za sobą drzwi.

Zameldowaliśmy o tym natychmiast na górę.

- W porządku – powiedział „Ryszard” – możecie pozostać na sali. Łączność telefoniczna jest zerwana.

Na sali za to było na co popatrzeć. Urzędnicy bardzo podnieceni, ale uśmiechnięci znosili papiery do kosza pod piec. Przy piecu stał „San” i „Skryty” w towarzystwie jakiegoś wyższego urzędnika gminy i jakby przeprowadzali ostateczną korektę dokumentów wrzucanych do kosza.

Do pieca szły wykazy kontyngentowe, jakie zmuszeni byli chłopi dostarczać dla Niemców oraz wykazy ewidencji ludności.

Akcja trwało około dwóch godzin. Z urzędu gminnego zabraliśmy paręset kenkart (pustych blankietów) i potrzebne pieczęcie do wystawienia „lewych” dokumentów. Na stan naszego oddziału przeszła też maszyna do pisania i powielacz – stary typ i ciężki cholernie. Odczułem to na własnych plecach, targając go w worku na przemian z innymi do stacji w Karczewie.

Od tej chwili, każdy z uczestników akcji wracając do domu, czy idąc na miejsce zbiórki musiał zawsze trochę pokluczyć i dobrze się rozejrzeć, aby się upewnić, że nie jest śledzony. Twarze nasze zapewne niejednej osobie znajdującej się w urzędzie gminy utkwiły na dobre w pamięci. Na sali znajdowało się grubo ponad sto osób. Oprócz urzędników było dużo interesantów. Nas było niewielu. Wszyscy przyglądali się nam z zaciekawieniem. Na pewno niejeden z nas został gdzieś przez kogoś po akcji rozpoznany. Nie było jednak po tej akcji ani jednej wpadki. Społeczeństwo polskie w okresie okupacji było wspaniałe.[10] 

Sebastian Rakowski


[1] H. i L. Witkowscy, Kedywiacy, Warszawa 1973, s. 292.
[2] Treść dokumentu za: H. Witkowski, „Kedyw” Okręgu Warszawskiego AK w latach 1943 – 1944, Warszawa 1984, ss.312-213.
[3] W niektórych relacjach i wspomnieniach występuje jako H. Jegielski.
[4] Relacja Hieronima Jagielskiego ze zbiorów Jana Kamińskiego.
[5] W opisie tej akcji sporządzonym przez Henryka Witkowskiego na podstawie relacji Feliksa Zaremby znajduje się zapis, że dowódcą akcji był „San”, czyli Apolinary Akajewicz. Jan Kamiński w swojej relacji zapisał, że jego drużyna z „Sanem” na czele w tym samym czasie niszczyła dokumenty w Zarządzie Gminy Karczew.
[6] J. Adamska, Kronika..., s. 277.
[7] Sprawozdanie Kedywu za marzec 1944, archiwum BBH, syg. III/29/4.
[8] Sprawozdanie Kedywu za marzec 1944, archiwum BBH, syg. III/29/4.
[9] J. Adamska, Kronika..., s. 277.
[10] Relacja Jana Kamińskiego.

 
1 komentarz

Napisane przez w kategorii Bez kategorii

 

Dodaj komentarz

 

 
  1. ~Edmund

    24 kwietnia 2014 o 08:00

    Bardzo interesujące wspomnienia o wielkiej wartości historycznej. Zwłaszcza dla mnie – miłośnika pasa otwockiego i dawnego mieszkańca.