RSS
 

1 kwietnia 1944 r., sobota

01 kwi

Policyjny raport niemiecki podaje, że tego dnia o godzinie 18.30 10 uzbrojonych mężczyzn wysadziło maszyny w mleczarni w Otwocku.[1] Akcję przeprowadził oddział DB IV Rejonu pod dowództwem Zygmunta Migdalskiego. Jednym z głównych wykonawców był Marian Wesołowski „Marian”, który tak opisał przebieg i skutki tego ataku:

 

W Otwocku była olbrzymia mleczarnia rejonowa pracująca na potrzeby oddziałów niemieckich, szkoły podoficerskiej oraz na zaopatrzenie niemieckich sklepów „Meinla” w Warszawie. Przerabiano tam tysiące hektolitrów mleka. Była to potężna, nowoczesna mleczarnia i piekarnia mechaniczna pracująca dla Niemców. Olbrzymi betonowy budynek położony przy torze kolejki wąskotorowej na końcu Otwocka, w kierunku Karczewia. Trochę z boku, po drugiej stronie kolejki w budynku szkolnym, mieściła się zapełniona Niemcami podoficerska szkoła, w której szkolono podoficerów na front wschodni.

Mleczarnia i piekarnia pilnowane były przez pluton kałmuków. Kwaterowali oni w tym samym budynku przez ścianę, wejście mieli z boku. Uzbrojenie ich stanowiły: 1 CKM, rkm-y, pistolety Szmajser oraz karabiny.

Mleczarnia zatrudniała około 20 osób, mężczyzn i kobiety. Jako interesant wszedłem do środka celem dokonania rozpoznania, jakie są maszyny, ile i jak rozstawiono, odległości itp. Wyszedłem z robotnikami, kilku było swoich. Po wyjściu sporządziłem szkic, obliczyłem ile i jakiego potrzeba materiału wybuchowego, lontu, gdzie umieścić zapalniki.

„ZZ” znał całe rozmieszczenie budynku, każdy kąt. Na drugi dzień na kwaterze „Ryśka” w Otwocku, zrobiłem odpowiednie miny w poszytych małych woreczkach z materiału, rodzaj kiszeczek z tasiemkami przyszytymi do przywiązania. Woreczki te wypełniłem plastikiem z detonatorami pośrednimi, deseczki do przyciśnięcia, odpowiedniej długości lonty piorunujące oraz zapalniki czasowe tzw. ołówki angielskie. Podczas przygotowywania min i przecinania detonatorów pośrednich z trotylu piłką (były za długie) do metalu, obecny był saper z Otwocka Roman Fiejko ps. „Delfin”. Ubawiliśmy się doskonale, gdy uciekał ze strachu, jak zobaczył to przecinanie. W wojsku był saperem – podoficerem. Po wykonaniu całego ładunku, osprzętu, zapakowałem wszystko do teczki i jeszcze tego samego dnia przed zakończeniem pracy w mleczarni, około godz. 1500, przystąpiliśmy do akcji. Kolejno „ZZ”, „Marian”, „Maciek” i Stasio weszliśmy do środka mleczarni, nie zwracając na siebie uwagi stojącego wartownika. Zamknęliśmy drzwi wejściowe. Zwołaną całą załogę, zorientowano ludzi, o co chodzi, uspokojono wystraszone kobiety i polecono szybko ubierać się do wyjścia. Kto chce i ma w co, niech bierze bloki masła tak, żeby na zewnątrz wartownik nic nie zauważył.

Szybko umocowałem miny, połączyłem lontem i czekam z zapalnikami. Zaczęli wychodzić grupami w każdej jeden z naszych chłopców. Wychodziłem z ostatnią grupą po załączeniu 2 zapalników i ściśnięciu każdego kombinerkami. Jeden z robotników z mojej grupy zamknął drzwi, założył kłódkę i pożegnał wartownika. Zamknęliśmy za sobą furtkę wejściową na terem mleczarni.

Założone zapalniki (ołówki angielskie) były z opóźnieniem czasowym 20 minut i tak podłączone, że eksplozja jednego powodowała wybuch wszystkich min.

Ludzi wyprowadziliśmy w kierunku Świdra, pouczyliśmy ich, co mają mówić na drugi dzień, jak będą wypytywać Niemcy. Sami poszliśmy pod Świder na przejście przez tor pod Otwockiem. Stoimy i czekamy patrząc na zegarki. Zygmunt powiada: spieprzyłeś, już powinno eksplodować. Ja na to: za chwilę, robiłem przecież według swojego zegarka. I w tym momencie jak huknęło, to cały Otwock zatrząsł się w posadach. Wyleciały wszystkie szyby w Otwocku. Wtedy radość, gratulacje. Poszliśmy do Romana Fiejki „Delfina”. Tu popija szarża „Wermachtu” d-cy plutonów z komp. Stasia Ruska. Jak nas zobaczyli, wielka radość.

Jak później opowiadali, mieli „pietra”, gdy leciały szyby. Niemcy natychmiast mieli alarm, żandarmeria, Gestapo, Kripo z Warszawy, żandarmeria z Rembertowa, najechała się ich masa. W Otwocku panika.

Opowiadał nam na drugi dzień jeden z pracowników mleczarni, jak to kałmucy po wybuchu rozbiegli się do sąsiadującego zagajnika i strzelali w mleczarnię, że tam są „partizany”. Jak komendant żandarmerii zrobił zbiórkę kałmuków, jak się tłumaczył ich dowódca „prichadził, wychadził, znakomy, nie znakomy”, jak go żandarm trzasnął w pysk, aż ten się przewrócił. Było i ubawu. Eksplozja w mleczarni była tak potężna, że obsunęła się wewnętrzna ściana do piekarni uszkadzając piece mechaniczne.

Obiekt nieczynny był około 3 tygodni. Mleka od chłopów nie przyjmowano. Radość. Zadanie wykonano.[2]


[1] J. Adamska, Kronika..., s. 278.

[2] Relacja Mariana Wesołowskiego.

 
Brak komentarzy

Napisane przez w kategorii Bez kategorii

 

Dodaj komentarz