RSS
 

1 kwietnia 1944 r., sobota

01 kwi

Tego dnia oddziały dyspozycyjne komendanta Kedywu OW oraz oddziały DB Rejonów „Obroży” wykonały całą serię uderzeń skierowanych na urzędy administracji okupanta. W ramach tej akcji zniszczono dokumenty w Urzędach Pracy w Falenicy, Otwocku, Piasecznie, Wilanowie, Młocinach, Jeziornie.
W Otwocku ODB Rejonu wysadził ponadto maszyny w miejscowej mleczarni.

Akcja zniszczenia dokumentów w Urzędzie Pracy w Falenicy.

Ataku dokonała sekcja bojowa z pododdziału „Radość” grupy „Skrytego”. Według dokumentów niemieckich rozpoczęła się o godzinie 9.45, a jej rezultatem było spalenie wszystkich akt i uszkodzenie linii telefonicznych.[1] Henryk Witkowski w swoim opisie akcji, sporządzonym na podstawie relacji Feliksa Zaremby „Żmudzina” podaje, że to właśnie on dowodził grupą uderzeniową, złożoną z 9 żołnierzy jego pododdziału.[2]

 Akcja zniszczenia dokumentów w Urzędzie Pracy w Otwocku.

Na otwocki Arbeitsamtu uderzyła grupa z pododdziału „Świdry – Wiązowna” oddziału „Skrytego”, pod dowództwem Apolinarego Akajewicza „Sana”. W dokumentach policyjnych znajduje się lakoniczny zapis dotyczący tej akcji:

W godz. 9.00-10,00 10 uzbrojonych mężczyzn zniszczyło wszystkie akta w Urzędzie Pracy w Otwocku i rozbroiło kierownika Urzędu, Niemca Zieglera. Mężczyźni przybyli do Otwocka furmanką.[3]

Więcej informacji przynoszą liczne wspomnienia i relacje dotyczące tej akcji. Ale są rozbieżności dotyczące zarówno jej przebiegu, jak i wykonawców. Kilka relacji wskazuje, że w tzw. obstawie dalszej znajdowali się żołnierze z oddziału DB Migdalskiego. Kategorycznie zaprzecza temu Jan Kamiński „Grzmot”, uczestnik akcji. Jego słowa potwierdza relacja Mariana Wesołowskiego z oddziału DB Rejonu, który dość dobitnie wskazał, że „Skryty” przeprowadził tę akcję sam: „Skryty” nie uzgodnił akcji z nami [ODB IV Rejonu], nie raczył nas o niczym powiadomić.[4] Ponadto, oddział Migdalskiego jeszcze tego samego dnia przeprowadził akcję wysadzenia urządzeń w otwockiej mleczarni, położonej zaledwie kilkaset metrów od Urzędu Pracy.

 

Wśród relacji z akcji na otwocki Arbeitsamt najobszerniejsza pochodzi od Jana Kamińskiego „Grzmota”. Oto jej obszerne fragmenty:

Ostatniego dnia marca 1944 roku przyszedł do nas „Skryty” z wiadomością, że jutro tj. pierwszego kwietnia mamy zniszczyć dokumenty i akta w Urzędzie Pracy (Arbeitsamcie) w Otwocku. Rozpoczęcie akcji: godzina 11.00. Reszta zgodnie z planem uzgodnionym w ubiegłych dniach.

Po śniadaniu mały przegląd broni, którą mieliśmy zabrać. Pierwszy wyszedł „Okrzeja”, biorąc Stena i dwa granaty „musztardówki”, oraz „Ryszard” z pistoletem Vis, biorąc zapasowe magazynki i dwa granaty. Po nich wyszliśmy, „San” ze stenem i „czeską zbrojówką” kal. 9mm i ja z parabelką i Visem. Ostatni wyszedł „Terry” z parabelką i granatami.

Kolejką wąskotorową tzn. „Ciuchcią” dojechaliśmy do Otwocka i w tej samej kolejności, utrzymując łączność wzrokową udaliśmy się do Arbeitsamtu mieszczącego się w narożnej posesji przy zbiegu ulic Andriollego i Matejki.

Rejon ten nie należał do przyjemnych. Znajdowało się tu wyjątkowo duże zgrupowanie Niemców rekonwalescentów z frontu wschodniego, a w pobliżu, w okazałym budynku przy ul. Parkowej,[5]  w jednej jego części mieściło się kasyno oficerskie, a w drugiej koszary Wehrmachtu.

Po przeciwnej stronie ulicy Matejki, vis a vis Arbeitsamtu był mały, mocno przerzedzony zagajnik, który służył jako teren ćwiczeń dla Własowców, zwanych popularnie przez ludność „Mongołami”.

Była godzina 11.00. Wyszliśmy z bocznej ulicy Andriollego. Pierwsza dwójka znikła już za drzwiami urzędu. Ich zadaniem było wejść do pokoju, w którym urzędowali pracownicy i pod pretekstem rzekomego zgłoszenia się na wyjazd do Rzeszy na roboty. W momencie, gdy usłyszeliby, że my weszliśmy do sąsiedniego pokoju, mieli sterroryzować personel i obecnych interesantów.

Weszliśmy do poczekalni, która robiła wrażenie jakiegoś korytarza czy przedpokoju. Nasze drzwi były po lewej stronie. „San” rozpiął powoli płaszcz, pod którym miał zawieszonego na szyi stena. Jednocześnie drugą ręką zapukał palcem w drzwi. Cisza. Zapukał jeszcze raz. Po chwili usłyszeliśmy głos z pokoju:
- Aufmachen! (Wejść!).
„San” wszedł pierwszy, ja za nim zamykając za sobą drzwi. W tym czasie „San” przeszedł w prawo, ja zaś w lewo – równolegle do drzwi wejściowych. Spojrzałem po pokoju i oceniłem sytuację. Niemcy niczego się nie spodziewali.

Pokój był dość duży, w kształcie prostokąta. Przede mną, w odległości około trzech metrów przy dużym oknie stało biurko kierownika Arbeitsamtu Zieglera, na którym rozłożona była, jak się później okazało, mapa terenu, który im podlegał oraz telefon. Ziegler stojąc pochylony, oparty o biurko coś zakreślał ołówkiem na mapie. „San” miał przed sobą cztery biurka, przy których siedzieli Niemcy zajęci swoją pracą. Za ich plecami znajdowały się drzwi do pokoju, w którym byli „Okrzeja” i „Ryszard”. „Terry” ubezpieczał nas na zewnątrz. Spojrzałem w stronę „Sana” – on w tym momencie zrobił ruch, jakby chciał się ukłonić, poły płaszcza rozeszły się, a spod nich wysunął się sten. Chwycił go, odciągając zamek.

- Hande hoch!
Ja na razie nie wyciągałem broni. Niemcy byli zaskoczeni, robili wrażenie jakby nie słyszeli. „San” powtórzył jeszcze raz:
– Hande hoch!
Chwila konsternacji wśród Niemców. Podnieśli głowy znad papierów i spojrzeli w naszą stronę, następnie po sobie. Chwila wahania. „San” ponaglał ich okrzykiem:
– Schnell! – Dopiero wówczas powoli podnieśli ręce do góry. Ziegler jak gdyby w dalszym ciągu nie słyszał i nie widział, co się dzieje.
„San” dał rozkaz po niemiecku:
– Powstać! W tył zwrot!

Niemcy podnieśli się i stanęli twarzami do ściany z rękoma podniesionymi do góry. Dopiero wtedy Ziegler, nie zmieniając swojej pozycji, odwrócił głowę i spojrzał na pokój, zachowując przy tym zimną krew, spokojnie położył ołówek na biurko i podniósł słuchawkę telefoniczną. Wszystko to działo się dość szybko, bo telefon stał tuż przy jego prawej ręce. Widząc to, przebiegłem przez pokój i wskoczyłem na biurko, gdyż inaczej musiałbym ominąć duży fotel stojący obok biurka i „Sana”. Nogi moje poślizgnęły się na szybie razem z mapą. Łapiąc równowagę, odruchowo wyrzuciłem nogę do przodu i zupełnie przypadkowo kopnąłem go tak, że słuchawka wyleciała mu z ręki, a on jak ścięty z nóg padł na podłogę.

W czasie, gdy jeszcze byłem na biurku, otworzyły się drzwi z drugiego pokoju i wszedł „Okrzeja” ze stenem. Odruchowo spojrzałem w jego stronę. Przez otwarte drzwi widać było, że wszyscy pracownicy stali w podobny sposób, jak w naszym pokoju.

W tym momencie „San” krzyknął:
– „Grzmot”, uwaga!
– Spojrzałem z góry na Zieglera, który leżał zwinięty za biurkiem i trzymał wymierzony w moją stronę pistolet, a drugą ręką, jak gdyby zgrabiałymi palcami próbował odbezpieczyć go, względnie zarepetować. Wyciągnąłem Visa spod kurtki, usłyszałem ostrzeżenie:
– Nie strzelaj!
Zeskakując z biurka wytrąciłem nogą pistolet z ręki, a kołyszącą się na sznurze słuchawkę położyłem na widełkach aparatu. Trąciłem nogą leżącego. Kazałem mu wstać. Wstawał powoli. Zrewidowałem go. Nie miał przy sobie innej broni. Uczyniłem to samo z pozostałymi Niemcami. Sytuacja była opanowana.

„San” wydał polecenie, aby jedna z pracownic dyżurowała przy telefonie. W razie żądania któregoś z Niemców proszę powiedzieć, że wyjechali w teren. Pozostałym polecono niszczenie dokumentów i akt.

Podszedł do mnie „San” i powiedział:
– Zdaje się, że znasz tego granatowego, pogadaj z nim.

W pokoju sąsiednim stał policjant granatowy z rękoma podniesionymi do góry, a na prawym przedramieniu wisiał mu na pasie karabin typu „Libella”. Spojrzałem na niego, rzeczywiście znajomy. Zabrałem karabin, wyjmując z niego zamek i amunicję. Z krótkiej rozmowy dowiedziałem się, że miał polecenie doprowadzenia chłopa z okolic Karczewia, którego przyprowadziła żandarmeria na posterunek policji i kazali doprowadzić go do urzędu pracy. Obok policjanta stał mężczyzna dobrze zbudowany około 35 lat, skuty w kajdanki (półksiężyce).

- Co to za jeden? – spytałem granatowego.
– Porządny człowiek.

Kazałem zdjąć mu kajdanki, które schowałem do kieszeni. Uwolnionego zabrałem do darcia papierów. Jak się okazało, w dowód wdzięczności za uwolnienie był najlepszym z „likwidatorów”. W dużych wypracowanych chłopskich rękach grube pliki papieru darły się jak pojedyncze kartki.

W tym czasie „San” i „Okrzeja” czuwali nad sprawnym przebiegiem likwidacji papierów w pokoju Zieglera. Jednocześnie przeglądali biurka zabierając w dużą papierową torbę wszystkie pieczątki, potrzebne blankiety z oryginalnymi podpisami.

Sterta drobno podartych papierów rosła na środku pokoju, od czasu do czasu przemieszana przez nas nogami. Ziegler stał w rogu pokoju za biurkiem, co i raz spoglądając w okno, w którym widział dosłownie dzielących go parę metrów od ćwiczącej kompanii własowców. Nad nim zaś wisiał na ścianie portret Fűhrera
z dumnie i władczo uniesioną głową.

Akcja trwała już 15 minut. Do końca pozostało jeszcze pół godziny, gdy wszedł do naszego pokoju „Ryszard” i zameldował „Sanowi”, że jakiś własowiec przyjechał na rowerze od strony zaplecza. Opierając rower o ścianę pod oknem, musiał coś zauważyć, bo szybko wsiadł na rower i odjechał.

- Cholera! Trochę niedobrze – mruknął pod nosem „San” – Co robi „Terry”, że go nie zauważył?

Na rozpoznanie wyszedł „Okrzeja”. Gdy powrócił, zameldował, że „Terry” jest na swoim miejscu, a własowiec, prawdopodobnie skracając sobie drogę, przedostał się przez dziurę rozplecionej siatki ogrodzenia.

Nikt nie powiedział tego głośno, ale na pewno dręczyło każdego pytanie: czy zbiegł powiadomić kogoś? Czy wszczęty zostanie alarm? Jeśli tak, to jesteśmy w sytuacji bardzo ciężkiej, właściwie bez wyjścia.

Z każdą minutą wyczuwało się wzrastające napięcie, przynajmniej ja osobiście zacząłem odczuwać to coraz bardziej. Minuty zaczynają wydłużać się dziwnie.

Spojrzałem na kolegów, a może mnie się tylko wydaje? W ich zachowaniu nie widziałem żadnych zmian. Byli spokojni, widocznie wiadomości tej nie potraktowali tak serio, jak ja to zrobiłem. Pomyślałem sobie: „Jasiek, ale cię strach obleciał!” i postanowiłem dalej nie myśleć na ten temat.

Telefonistka spisywała się „na medal”. Szybko dostosowała się do obecnej sytuacji. Minęło pół godziny od chwili rozpoczęcia akcji, kiedy do pokoju wszedł „Skryty”. Na widok sterty strzępów akt, uśmiechnął się. Zajrzał do worka z pieczątkami, wyjął plik druków, przejrzał je pobieżnie i z powrotem wrzucił do worka.

- Trzeba zabrać maszynę do pisania, jest zupełnie nowa – powiedział

Polecenie wykonano natychmiast. Została zapakowana w drugi worek papierowy. Przeszli po pokojach z „Sanem”, coś tłumaczył. „San” tylko potakująco kiwał głową. Zatrzymali się słysząc uniesiony głos Zieglera, który coś mówił po niemiecku odpychając rękę „Okrzei”. „Skryty” podszedł do nich. Okazało się, że „Okrzei” spodobał się okrągły znaczek w klapie z biało – czerwonym otokiem i swastyką na granatowym tle, którego Ziegler nie pozwalał sobie zabrać. „Skryty” w błyskawiczny sposób „przetłumaczył” Zieglerowi, że nie warto stawiać oporu. Sposób „tłumaczenia” musiał być dość przekonujący, bo gdy się podniósł, kręcąc karkiem jakby miał za ciasny kołnierzyk, ocierając ręka pot z czoła, próbował głośno protestować, ale gdy „Skryty” zrobił szybki odruch ręką, momentalnie zamilkł i „Okrzeja” bez najmniejszego oporu zabrał znaczek.

Po tym incydencie „Skryty” spokojnie odszedł od Zieglera w stronę drzwi. Spojrzał na zegarek, uśmiechnął się, wykonał gest do kapelusza ręką, w której trzymał cienki patyk:
– Trzymajcie się – powiedział i wyszedł.

Półki w szafach były już puste, segregatory pootwierane poniewierały się w bezładzie po biurkach i podłodze świecąc gołymi drutami. Biurka i szuflady oczyszczone z papierów. Za oknem słyszeliśmy przejeżdżającą „Ciuchcię” i trzy krótkie gwizdy parowozu. Zakończyliśmy na czas.

„San” wydał polecenie całemu personelowi, aby przeszli do pokoju, gdzie pracowali Polacy, a następnie z tego pokoju schodkami do podręcznego magazynku bez okien, lecz z solidnymi drzwiami. Po umieszczeniu wszystkich małe pouczenie, aby nie próbowali wszczynać jakiegokolwiek alarmu lub próby uwolnienia się wcześniej, jak po upływie 30 minut. Jeżeli nie zastosują się do zaleceń, zostaną uspokojeni wiązką granatów. „Okrzeja” pomógł zamknąć drzwi na zasuwy, zakładając dla pewności wiszącą przy ryglu kłódkę.

„San” wydał rozkaz schowania broni, podszedł do telefonu, nawijając przewód na rękę. Małe szarpnięcie i sznur wyskoczył z rozetki. Jeszcze jedno spojrzenie na całość. Widok jak po spaleniu.
- „Okrzeja” i „Ryszard” – wychodzić! – rozkazał „San” – „Ciuchcia” czeka na nas!
Przyszedł „Terry” i zabrał maszynę do pisania.
- Po nim wyjdzie pan – zwrócił się do aresztowanego.
Mężczyzna ruszył ramionami, wyciągając rękę do „Sana”
- Bóg zapłać, jak mam panom dziękować?
- Dobrze, dobrze, nie daj się pan złapać drugi raz, bo my tak często nie przychodzimy.

Mężczyzna ukłonił się jeszcze raz, wcisnął czapkę na uszy i wyszedł. Za nim wyszliśmy my. Złapałem głęboki oddech. Świeże kwietniowe powietrze. Poczułem się jakoś dziwnie, jakiś zadowolony i lekki, mimo że miałem torbę z pieczątkami i cztery pistolety zdobyte, w pięknych kaburach.

Na stacji oczekiwała na nas „Ciuchcia”. Gdy weszliśmy, powoli, sapiąc ruszyła w kierunku Warszawy.[6]

Opracowanie: Sebastian Rakowski


[1] J. Adamska, Kronika..., s. 278.
[2] H. Witkowski, „Kedyw” Okręgu Warszawskiego AK w latach 1943 – 1944, Warszawa 1984, s.317
[3] J. Adamska, Kronika..., ss. 277-278.
[4] Relacja Mariana Wesołowskiego.
[5] Dotyczy budynku obecnego Liceum im. Gałczyńskiego przy ulicy Filipowicza.
[6] Relacja Jana Kamińskiego.

 
Brak komentarzy

Napisane przez w kategorii Bez kategorii

 

Dodaj komentarz