RSS
 

3-4 kwietnia 1944 r., poniedziałek/wtorek

04 kwi

W nocy doszedł do skutku zrzut na zrzutowisku o kryptonimie „Pierzyna” położonym w okolicach Wiązowny. Przyjęto wówczas czterech skoczków: sierż. Stanisława Biedrzyckiego „Operę”, ppor. Jana Bieżuńskiego „Orzyca”, ppor. Mariana Pokładeckiego „Zoli”, kpt. Zygmunta Sawickiego „Smulika” oraz 9 zasobników z bronią i różnego typu wyposażeniem.[1] Skoczkowie mieli ponadto pasy z 498 tysiącami dolarów.[2]

Uczestnikiem i świadkiem tego zrzutu był Edmund Twardowski „Dąb”. W swojej obszernej relacji tak wspomina to wydarzenie[3]:

Przygotowania do tej akcji rozpoczęły się w końcu 1942 r. wyznaczeniem terenu na zrzutowisko. Za najlepszy uznano teren na wschód od Wiązowny między wsią Pęclin, Kąck, Malcanów i Poręby. Była tam wówczas polana przylegająca do stosunkowo dużego kompleksu leśnego z rzadką siecią dróg gruntowych, nie ulepszonych. Specjaliści uznali, że teren ten stwarzał możliwości jednoczesnego przyjmowania zrzutu z więcej niż z jednego samolotu.

W przyspieszonym tempie było prowadzone szkolenie drużyn z pobliskich wsi przewidzianych do osłony zrzutów. Liczeb­ność grup osłonowych kształtowała się w granicach 60 – 70 osób. O ich liczebności decydował stan posiadanej broni. Podstawowym zadaniem osłony było nie dopuszczenie na teren zrzutowiska osób niepowołanych oraz szybkie sygnalizowanie niebezpieczeństw ze strony sił przekraczających posiadane możliwości ich powstrzyma­nia.  Osłona składała się jakby z dwóch pierścieni:  bliższego i dalszego od zrzutowiska. Była to bardzo uciążliwa służba, bowiem jej czas trwał bez zmiany około 6 godzin. Pierwsze czuwanie, poprzedzone l-dniowym stanem alarmowym, odbyło się 15 wrześ­nia 1943 r. Trwało ono od godz. 21.00 do 4.00 po północy. Jednakże mimo pilnego wsłuchiwania i wypatrywania nie dostrzegliśmy żadnych oznak wskazujących na to, że leci do nas oczekiwany samolot.

Opadł początkowo entuzjazm. Zrezygnowani, zziębnięci i zmęczeni odmaszerowaliśmy do swoich domów, aby zdążyć przed świtem i nie wywołać niepotrzebnego zainteresowania ze strony osób niewtajemniczonych w sprawy zrzutów. Na jednym z następnych czuwań (placówka pełniła w kilku przypadkach rolę zapasowej, awaryjnej), por. „Ludomir” poinformował nas, że w dniu 15 września na naszą placówkę skierowane były 2 samoloty, z których tylko l doleciał do Polski, ale nie odnalazł naszego zrzutowiska i powrócił do bazy.  Natomiast drugi, z 3 skoczkami spado­chronowymi, został zestrzelony w drodze do Polski. Było nam ciężko na sercu po usłyszeniu tej wiadomości.

W pierwszych miesiącach 1944 r. parokrotnie czuwaliśmy na zrzutowisku. Uciążliwość wykonywania tych zadań, zwłaszcza w dni zimowe, powiększał brak ciepłej odzieży i obuwia. Tym trudnościom nie byliśmy w stanie zaradzić. Bieda była w tych latach zjawiskiem powszechnym. Ale sarkania nie było. Nastroje po­prawiały się, bo okupant wytracił impet na wszystkich frontach. Domniemano, że nasilają się przerzuty broni do Polski, a zatem mamy szansę doczekać się wreszcie tak długo oczekiwanego zrzutu. I tak się stało.

Czuwanie 3 kwietnia 1944 r. okazało się owocne. O północy usłyszeliśmy warkot motorów samolotu zbliżającego się w na­szym kierunku. Na zrzutowisku nastała cisza i oczekiwanie w niepe­wności. Po chwili nastąpiła wymiana sygnałów świetlnych z ziemi i samolotu. Tak, to do nas. Radość była wielka. Samolot zatacza koło, zniża lot i nadchodzi nad zrzutowisko. Są już zapalone latarki ustawione w strzałkę, wskazują kierunek wiatru przyziemnego. Huk motorów 4-motorowej maszyny wydaje się ogromny, niewątpli­wie jest słyszalny nawet z dużej odległości. Już ukazują się spadochrony — to lecą zasobniki z bronią i sprzętem wojskowym. Za chwilę drugi nalot — znowu zasobniki. Śledzę miejsce ich upadku na ziemię. Rozpoczęto już znoszenie ich w jedno miejsce. Tym­czasem samolot zatacza po raz trzeci koło, ale tym razem większe i wznosi się w górę. Czyżby już odlatywał? Nie, ponownie kieruje się nad zrzutowisko i znowu ukazują się spadochrony, jakby większe od poprzednich, wolno schodzą ku ziemi. Wypatrujemy, gdzie upadną, bo są już nisko.

I nagle, wśród łoskotu motorów, przebija się krzyk: „To ludzie!”. Lądują, uwalniają się od spadochronów, klękają i całują polską ziemię. Witają ich komendant placówki por. „Ludomir” i delegat komórki zrzutów — chyba z Okręgu. Uściski serdeczne — tym bardziej, że d-ca ekipy skoczków okazał się znajomym por. „Ludomira”.[4] Nastrój świąteczny. Stopniowo cichnie pomruk od­dalającego się samolotu. Teraz wkrada się dźwięk syren z kierunku Otwocka i od strony Mińska Mazowieckiego. Uprzytamnia nam to, że wokół nas w niedalekiej przecież odległości są posterunki i garnizony policji niemieckiej (Wiązowna — 4 km, Otwock — 8 km, Mińsk Maz. — około 10 km, Kołbiel — 7 km). Przelot samolotu został przez nie zauważony, czas więc zwijać gospo­darstwo.

Na mnie ciąży odpowiedzialność za sprawny wywóz zasobni­ków — jest ich 9 oraz 6 paczek z bardzo cenną zawartością. Po chwili są już załadowane na furmanki i jedziemy do miejsca wcześniej przygotowanego do ich ukrycia. Znajduje się ono w od­ległości około 2 km od zrzutowiska, na obrzeżu wsi Kąck, w zabudowaniach pana K. Iwanowskiego — oficera rezerwy i żołnierza AK. Po 20 minutach jesteśmy na miejscu, wyładowujemy zasobniki i zwalniam furmanki. Do dalszej pracy pozostaje nas trzech: właściciel zabudowań w podeszłym już wieku i schorowany oraz kol. Eugeniusz Jaczewski „Kłonica” i ja. Zanosimy we dwóch zasobniki i układamy w dole wykopanym wewnątrz budynku gospodarczego. Okazuje się, że dół został wykonany z ogromnym nadmiarem, a ziemia z wykopu odniesiona na około 60 m. Przez chwilę zastanawiamy się, czy damy radę we dwóch i przed nastaniem dnia donieść ziemię w ilości potrzebnej do zasypania dołu.

W tym momencie z kierunku Wiązowny padają strzały. Obaj wiemy, co może to oznaczać. Decydujemy się zawalać dół, czym się da. Wrzucamy pnie drzew, gałęzie, deski, a na to ziemię — i wyrów­nujemy poziom. Próba udeptania ziemi na miejscu wykopu daje rezultat negatywny. Nasyp nie daje się ustabilizować, sprężynują włożone do dołu gałęzie. Za radą p. Iwanowskiego wnosimy do budynku drewno przygotowane na opał i układamy na świeżej i miękkiej ziemi. Teraz jest lepiej. Zacieramy ślady i można odejść. Omawiam jeszcze z p. Iwanowskim sprawę dozoru nad schowkiem i wracam do domu.

Wyjaśniają się wkrótce okoliczności strzałów słyszanych w cza­sie zakopywania zasobników. Było to starcie jednej z naszych grup osłonowych z uzbrojoną bandą, która wracając z rabunku nadziała się na naszą grupę. Na próbę ich zatrzymania odpowiedzieli strzałem i uciekli w pobliskie zarośla. Nasi nie pozostali dłużni. W rezultacie po bandziorach pozostał worek z mięsem i kiełbasą zrabowanymi u jednego z rolników pod Wiązowna. Na szczęście strzały nie wywołały poważniejszych skutków, skończyło się na strachu.

Następnego dnia po zrzucie, z rozkazu por. „Lubomira”, pełniłem z 4 kolegami osłonę lokalu w Wiązownie, w którym przebywali skoczkowie. Byli to: kpt. Zygmunt Sawicki (znajomy por. „Lubomira”), ppor. Jan Bieżuński, ppor. Marian Pokładecki i sierż. Stanisław Biedrzycki. Wkrótce dostali się oni szczęśliwie do Warszawy.

Były natomiast pewne kłopoty z przesłaniem broni i innych materiałów ze zrzutu do miejsca przeznaczenia. Za pierwszym razem po wykopaniu zasobników z ziemi i przygotowaniu ich do transportu nie stawił się w wyznaczonym miejscu
(w Wiązownie) odbiorca. Zasobniki trzeba było na nowo zakopać już w innym miejscu.

Następny odbiór, wyznaczony pod koniec maja, miał nastąpić w dzień między godziną 17.00-18.00 w miejscowości Rudka, w starej nieczynnej karczmie przy szosie lubelskiej, w pobliżu mostu na rzece Świder. Udałem się w wyznaczonym czasie z całym „baga­żem” załadowanym na 3 wozy (łatwiej było ukryć ładunek), lecz po przybyciu w pobliże umówionego miejsca okazało się, że rozłożył się tam oddział niemieckiego wojska. Oczekiwanie, aż odjadą Niemcy nie było możliwe. Powrót do wsi z tym ładunkiem wywołałby duże zaniepokojenie mieszkańców Pęclina. Istotnie, stało się to niebezpieczne i dla zrzutów, i dla wsi. Postanowiłem furmanki odstawić do stodół, koni nie wyprzęgać i w przypadku zagrożenia wyjechać do lasu w kierunku zrzutowiska. Pojechałem rowerem do Wiązowny, gdzie udało mi się spotkać z por. „Ludomi­rem”, któremu zrelacjonowałem powstałą sytuację. Zapadła decy­zja: o zmierzchu przewieźć cały „bagaż” do Wiązowny, skąd było łatwiej dokonać transportu do Warszawy. Tak się też stało.

Denerwującym, a zarazem humorystycznym było wydarzenie związane z przekazywaniem stosunkowo dużej paczki ze zrzutu o długości zbliżonej do l m i obszytej szczelnie brezentem. Terminy odbioru tej paczki nie były dotrzymane. Nie mogłem jej głębiej ukryć i przetrzymywałem ją w budynku o dobrym zamknięciu w obawie przed kradzieżą. Pewnego dnia, oczekując na odbiorcę, który miał się zgłosić po odbiór paczki, czytałem „Biuletyn”. Na odgłos kroków podniosłem głowę i przez okno zobaczyłem żoł­nierza niemieckiego tuż przed wejściem do mojego mieszkania.

Zaledwie zdążyłem wrzucić „Biuletyn” do uchylonej szuflady zapiąć marynarkę, by pewniej przykryć Visa włożonego za pasek spodni. Niemiec był już w mieszkaniu. Nie wstałem z za stołu, na którym stała szklanka z mlekiem, starając się zachować spokój. Niemiec o coś pytał, a ja kręciłem głową, że nie rozumiem. Był to już starszy człowiek, nie dostrzegłem na jego twarzy oznak agresji. Chwilę popatrzył na mnie i po mieszkaniu, powiedział „Do widzenia” i wyszedł. Po chwili wyszedłem i ja. Na podwórku u sąsiada był drugi Niemiec, który razem z „moim” pakowali do kosza zakupione jaja.

Tego samego dnia, w dwie godziny po tym wydarzeniu, paczka została odebrana ode mnie przez upoważnionego i znajomego mi pracownika Spółdzielni Handlowej i dotarła do miejsca prze­znaczenia.[5]


[1] J.Z. Sawicki, Zrzuty i zrzutowiska w powiecie warszawskim, „Wojskowy Przegląd Historyczny”, nr 4,1987, ss. 282-283.
[2] J. Tucholski, Cichociemni, Warszawa 1985, s. 158.
[3] W akcji odbioru zrzutu uczestniczyli również żołnierze z Oddziału Dywersji Bojowej dowodzeni przez ppor. Zygmunta Migdalskiego na co wskazuje jego własna relacja spisana w roku 1945.
[4] Kpt. Zygmunt Sawicki pochodził z tych stron i rzeczywiście znał Mazowieckiego, o czym poinformował swoich przełożonych jeszcze przed wylotem. Mimo to zdecydowano, że może skakać. Zob. J. Tucholski, Cichociemni, Warszawa 1985, s. 158.
[5] Edmund Twardowski „Dąb”, „Fromczyn” odbiera zrzut, „Gazeta Samorządowa”, nr 7, R. 1994, ss. 5-6.

 
Brak komentarzy

Napisane przez w kategorii Bez kategorii

 

Dodaj komentarz