RSS
 

Około 10 kwietnia 1944 r., poniedziałek

10 kwi

W końcu pierwszej dekady kwietnia 1944 r. (dokładna data nie ustalona), na szosie Warszawa – Lublin, w rejonie Radiówka koło Wiązowny, zorganizowana została zasadzka na samochody pelengacyjne. Zasadzkę urządziły elementy oddziału „Skrytego”, powiększone o sekcję bojową z oddziału „Kosy” .[1]

Z relacji Zygmunta Migdalskiego, Mariana Wesołowskiego i Tadeusza Jobdy wynika, że akcja zastała przeprowadzona z udziałem Oddziału Dywersji Bojowej IV Rejonu. Wesołowski twierdził, że grupa składała się z 15 żołnierzy i nic nie wspomina o udziale „Skrytego” .[2]

W akcji z ramienia oddziału „Kosy” brał udział Henryk Witkowski, który na kartach swej książki o Kedywie Okręgu Warszawskiego tak ją opisał:

W kilka dni po pogrzebie „Sana” i „Okrzei” por. „Skryty” ponownie zwrócił się do por. „Kosy” z prośbą o podrzucenie kilku ludzi potrzebnych mu do wzmocnienia oddziału pistoletami maszynowymi przy ochronie tajnej radiostacji, tym razem mającej pracować w otwartym terenie.

Wśród dowódców sekcji naszego oddziału zawrzało, bo tego rodzaju akcji dotychczas nie przeprowadzaliśmy, a atrakcyjności dodawała postać „Skrytego”, o którym opowiadałem z detalami kolegom po powrocie z akcji pod Pogorzelą, nie szczędząc słów uznania dla jego oddziału. Mając na swym koncie udział w tej akcji zostałem przez aklamację wyeliminowany na korzyść oczekujących w kolejce kolegów. Oddałem więc im swego „Stena” i pozostałem na gospodarstwie oddziałowym.

Na drugi dzień „Kosa”, „Kret”, „Miś”, „Bończa”, „Chmura” i dwóch ludzi z jego sekcji załadowali się we wczesnych godzinach rannych do „ciuchci”. Z oddziałem por. „Skrytego”, liczącym sześćdziesięciu ludzi uzbrojonych w karabiny i broń maszynową, spotkali się w lesie między Józefowem i Świdrem, a stamtąd kierując się na Emów dotarli pod Wiązownę. Dwóch „Grajków” wraz z ich radiostacją umieszczono w rejonie obecnego Radiówka, w jednym z wykopów fundamentowych niewykończonych bloków mieszkalnych osiedla wojskowego, leżącego na skraju dość gęstego zagajnika w odległości około dwustu metrów od szosy prowadzącej do Lublina. „Skryty” doskonale orientował się w sytuacji i liczył się z możliwością zaskoczenia przez Niemców i zbrojnego starcia. Rozstawił więc swoje erkaemy wzdłuż linii zagajnika, a po drugiej stronie szosy na prawym skrzydle ubezpieczenia umieścił „Grzmota” z ciężkim karabinem maszynowym. Na lewym skrzydle od szosy odchodziła w głąb lasu leśna droga, za którą wznosił się zwrócony frontową ścianą do szosy szkielet dwupiętrowego wypalonego budynku. W pustych ramach okiennych tego domu umieszczono dwóch ludzi, których zadaniem była obserwacja w kierunku Wiązowny i Lublina. Reszta oddziału rozmieściła się w głębi zagajnika, którego krzewy i drzewka były na tyle wysokie, że stojąc w nich można było dokładnie śledzić ruch na szosie, samemu nie będąc widzianym.

Radiostacja rozpoczęła nadawanie serwisu około godziny 14.00. Pracowała spokojnie już przez blisko godzinę, gdy w pewnej chwili uwagę ukrytych w zagajniku ludzi zwrócił nadjeżdżający z prawej strony mały samochodzik – furgonetka. Niezbyt szybko przejechał obserwowany odcinek szosy i wkrótce znikł z oczu oddalając się w kierunku Wiązowny. Wprawdzie wozy pelengacyjne nie miały rejestracji wojskowej lub policyjnej, a ich obsługa nie była umundurowana, jednak powolny przejazd tego samochodziku wzbudził w „Skrytym” pewien niepokój.
Po kilkunastu minutach samochodzik – furgonetka ponownie pojawił się na szosie. Jechał od strony Wiązowny, tym razem tak wolno, że można było dostrzec sterczący pręt anteny. Teraz nie było wątpliwości – żaden cywilny samochód nie mógł mieć anteny radiowej. W niezbyt wielkiej odległości jechał za nim drugi, nieco większy, samochód. Obserwowano je z napięciem, ale oba wozy nie zatrzymując się minęły prawe skrzydło i zniknęły z pola widzenia. Po linii osłony przebiegł ostrzegawczy sygnał, a cekaem został przerzucony z drugiej strony szosy do zagajnika, w pobliże stanowiska radiotelegrafistów.

„Skryty” daje sygnał „grajkom”, by kończyli serwis. Ci jednak odkrzyknęli z niecierpliwością, by osłona robiła swoje, zapewniając im jeszcze kilka minut pracy. „Skryty” podrywa więc swoich ludzi na nogi, wysuwając po kilku ludzi z erkaemami na prawe i lewe skrzydło linii ubezpieczenia celem ewentualnego zablokowania ogniem obu odcinków szosy. Radiotelegrafiści nadal stukali kluczem aparatu, gdy nagle po lewej stronie padł strzał karabinowy, a po chwili na leśnej dróżce ukazało się kilka postaci w cywilnych ubraniach, ale z pistoletami maszynowymi w rękach, z których posypały się gwałtowne serie. Okazało się, że Niemcy zaatakowali nie od strony szosy, ale wykorzystując jako osłonę poszycie leśne zaatakowali z boku, a do ujawnienia zmusił ich strzał karabinowy stojącej z tej strony czujki. Ubezpieczenie odpowiedziało ogniem, wymiana strzałów rozgorzała na dobre. Na szczęście radiotelegrafiści kończyli już pracę. Jeden z nich „wyrzucał” ostatnią kolumnę cyfr, drugi zbierał i pakował sprzęt. „Skryty” ponaglał ich niecierpliwie, wreszcie przy pomocy kilku ludzi wyciągnięto ich z wykopu i wszyscy biegiem schronili się w głębi lasu. Niemcy przyciśnięci seriami erkaemów początkowo skryli się w zaroślach, ale widząc wycofujących się ludzi znowu otworzyli ogień ze swych automatów. Sekcja „Kosy” z pistoletami maszynowymi przycupnęła za pniami drzew, osłaniając odskok grupy głównej z „grajkami” i ich sprzętem. Po chwili i oni wycofali się na punkt zbiórki, a na odbiegającej od szosy leśnej dróżce pojawił się opancerzony transporter z ustawionym na lawecie ciężkim karabinem maszynowym, z którego posypał się ciężki ogień na opustoszały już zagajnik. Na pościg za wycofującym się w głąb lasu oddziałem Niemcy nie odważyli się.[3]


[1] H. Witkowski, „Kedyw” Okręgu Warszawskiego AK w latach 1943 – 1944, Warszawa 1984, s.320.
[2] Na podstawie relacji Mariana Wesołowskiego i Tadeusza Jobdy.
[3] H. i L. Witkowscy, Kedywiacy, Warszawa 1973, ss. 295 – 298, na podstawie relacji własnej.

 
Brak komentarzy

Napisane przez w kategorii Bez kategorii

 

Dodaj komentarz