RSS
 

O diamentach i smażonym kurczaku.

16 kwi

Trochę trawy, czerwonoszara ziemia, kozy i dachy ledwo otynkowane. Chaty pochylone i dzieci. Dzieci – setki dzieci, zgarbionych, anemicznych, o zaczerwienionych oczach, małych, biednych dzieci. To Kozia ulica. Uważajcie: Kozia. [ob. ulica Marii Skłodowskiej]
Tu mieszkają tragarze, robotnicy i bezdomni. Ostatnich jest mało. Ludzie o czarnych twarzach, dłoniach stworzonych do pracy, a jednak nie mających jej, o karkach zbyt dumnych, aby się uginały i zbyt uległych, aby podniosły. O oczach mówiących wiele. Oczach, w których zatonęły marzenia lat dziecięcych.
- Gdy dorosnę i będę duży, uczynię wiele. Kiedy ja dorosnę, nie będzie biednych ludzi na świecie.
I przed ich oczyma migały obrazy bohaterów z bajek, rycerzy głodu i ojczyzny. Wtedy widzieli chyba poprostu: konia, ostrogi i siebie.
I co pozostało?
Oczy smętne, z których wyziera głucha rozpacz przegranego życia.
Tu mieszkają chłopcy i dziewczęta, którzy uczyć się nie mogą.
Idę coraz dalej. Byle prędzej, odejść od tej biedy. Odejść w pole, nurzać się w trawie. Bo tu nie ma zieleni, ani szczęścia. Jest tylko smutek i nędza pochylonych domków ulicy Koziej.

Mosze stoi przed chatą i patrzy daleko swojemi marzącemi oczyma.
- Czy to ty, Mosze?
- I o czem marzysz? O niwach Palestyny?
Pięć razy chciał się dostać do swej ojczyzny. Mosze pięć razy uciekał od tej nędzy, brudu, chat pochylonych. Pięć razy go łapano. Szturchańce i napomnienia: „Żebyś wiedział, parszywy żydzie, żebyś nie uciekał”.
Buty Moszego? W tych butach Mosze przebywał trasę Otwock-Warszawa-Konstantynopol.
Buty dziurawe…

Słychać krzyki. To dzieci bawią się z kozami…
Mała Surcia tak się śmieje, że aż łzy lecą jej z czarnych oczu.
- Kózka mee – krzyczą dzieci.
I nagle krzyk. To matka Beniusia:
- Ty łajdaku, złodzieju, ty, żeby cię… dlaczego nie idziesz mi pomóc?!
Ludzie spoglądają na tego leniucha, a Beniuś nie namyśla się, – ucieka. Bose nogi rytmicznie uderzają o ziemię coraz prędzej. Nareszcie pole, łąka i … wolność. W nocy będzie bicie, ale teraz – wolność.

Nagle słyszę śpiew.
To śpiewa Raśka wariatka. Chodzi i zatrząsa zalotnie głową.
- Widzisz, to ja, piękna Raśka. Czy widzisz, jak noszę diamenty, – potrząsa kamieniami. – Czy widzisz, jak spaceruję po Marszałkowskiej w Warszawie i jestem… panią…
- Wariatka! – wrzeszczą dzieci i obrzucają ją kamieniami.
A Raśka myśli, że to kwiaty i wyszczerzając w śmiechu żółte zęby, podnosi kamienie.
- Widzisz, to ja, piękna Raśka. Czy widzisz, jakie noszę diamenty?
Nad ulicą Kozią zapadł zmrok. Kobiety usiadły na ławkach i zaczęły rozmawiać o córkach, synach, sąsiadkach i gospodarstwie. Przedewszystkiem o gospodarstwie! – O dawniejszem.
- Dawniej kupowałam kurczaka i… jadłam na obiad. A dziś… ot co. – I pokazuje resztki obiadu. – Obierzyny kartofli. A dawniej…
I zaczyna opowiadać o zaletach tego kurczaka. Jaki był dobry, smaczny, dobrze przyrządzony i tanio kupiony. Czuje woń tego kurczaka.
Nagle zjawia się rzeczywistość. Kartofle – stado drobnych dzieci, mąż chory i to najstraszniejsze – głód…
Potem opowiada Sara, jak to było, gdy jej córka zachorowała, jakie były lekarstwa, doktorzy i… ile pieniędzy ją to kosztowało. Pieniądze – to nie jest mały krążek, to chleby, rumiane chleby – to jedzenie.
I oto marzy Sara… Jej mąż znów dostaje pracę, znów jest chleb i wesołość w domu.
Usiadł wśród nich królewicz. Rozpuszczone złote włosy, niebieskie oczy, piękne i łagodne. To marzenie!
I podnoszą głowy biedne kobiety ulicy Koziej.
Wiatr szeleści liśćmi… Siwe włosy plącze. A one marzą o chlebie. O chlebie dosyta.
W piłkę grają mali chederowcy. Małą szmacianą piłką.
- Gol, gol! Srul, podaj! Gol! Weź Sza sztil! Kiwcezech!!!
Wychyla się handlarka Łaja. Jest zmęczona. Znowu kaszle i pluje krwią, a tutaj te krzyki. Klnie, łaje, krzyczy, wtem… Przychodzi jej syn.
- Zarobiłem dzisiaj całe 50 gr. nimajle!!
Kładzie na stół 50 groszy, a na krześle „cukierki”. Prędko zjada kolację i kładzie się w ubraniu na brudny barłóg.
Już jedenasta godzina.
Ucichł krzyk chederowców.
Zasypia handlarka Łaja, Sura, wariatka Raśka, mały handlarz i Abram, który chce wyjechać do Palestyny i Sara, która chce wkrótce wyjść zamąż, i śpią już wszystkie kozy.

 

Peggy (VII klasa)
Mały Przegląd (dodatek do Naszego Przeglądu), 6 września 1935 r.
Mały Przegląd był dwutygodnikiem dla dzieci i młodzieży żydowskiej redagowanym przez nią samą. 6 września 1935 r. ukazał się numer w całości przygotowany przez dzieci i młodzież z Otwocka.

 
Brak komentarzy

Napisane przez w kategorii Bez kategorii

 

Dodaj komentarz