RSS
 

15 – 19 maja 1944 r., poniedziałek – piątek

20 maj

W ciągu tych czterech dni Oddział Dyspozycyjny „B” Komendanta Kedywu Okręgu Warszawskiego (oddział „Kosy”) w liczbie 40 żołnierzy przeprowadził wraz z elementami oddziału „Skrytego” (ok. 20 ludzi) kilkudniowe ćwiczenia w lasach w rejonie Karczew – Celestynów – Emów. Koncentracją dowodził „Kosa” .[1] W ćwiczeniach wziął udział Henryk Witkowski, który swoje wspomnienia zawarł w pracy poświęconej żołnierzom Kedywu Okręgu Warszawskiego:

Wreszcie w dniu 15 maja 1944 r. czterdziestu ludzi z naszego oddziału wraz z dr-em „Porajem” i wszystkimi sanitariuszkami spotkało się wieczorem w lasach koło Karczewia z dwudziestoosobowym oddziałem dowodzonym przez por. „Skrytego”.

Pierwszą noc spędziliśmy w jakiejś wsi położonej na wschód od Karczewia, zajmując najbardziej oddaloną od zabudowań skrajną stodołę. Gospodarz był nawet dość gościnny i bez oporów zgodził się na udzielenie swej pomocy przy dyskretnym zakupie świeżego mięsa, tłuszczów, chleba i nabiału. By uniknąć jakichkolwiek zadrażnień nie targowaliśmy się, proponując ceny obowiązujące na czarnym rynku w mieście, ale spotkała nas szokująca niespodzianka, bowiem wieś odmówiła solidarnie przyjęcia pieniędzy. Nie był to jednak spontaniczny gest w stosunku do podziemnego wojska. Przyciśnięty pytaniami gospodarz wyjąkał wreszcie, że stanowisko to było podyktowane obawą przed Niemcami, a rozumowanie było proste. Jeśli Niemcy udowodnią dobrowolną sprzedaż żywności, to wieś pójdzie z dymem za współpracę z „leśnymi”, a tak to każdy może się nawet na torturach tłumaczyć, z czystym sumieniem, że żywność została zarekwirowana przez bandytów. No nie powiem, by po tym wyjaśnieniu smakował nam posiłek na pierwszym biwaku, choć byliśmy głodni jak stado wilków.

W dniach 16 i 17 maja buszowaliśmy w lasach koło Celestynowa. Maszerowaliśmy nocami, dzieląc dzień na spanie i ćwiczenia. W miarę oddalania się od Warszawy ludność napotykanych wiosek była bardziej skora do wymiany żywności na pieniądze. Sanitariuszki nasze z konieczności zmieniły specjalność, zajmując się przyrządzaniem nawet dość smacznych posiłków. W nocy z 17 na 18 maja przerzuciliśmy się poza linię kolejową Warszawa – Lublin, rozkładając biwak pośrodku leśnego cypla, wysuniętego na północny wschód za odcinkiem Pogorzel – Stara Wieś. Około południa nasze panie zajęte były właśnie gotowaniem obiadu, gdy nagle nad lasem przeleciał samolot, ale wszyscy zdążyli na czas umknąć pod krzaki. Późnym popołudniem z placówki wysuniętej w kierunku Śródborowa przyprowadzono dwóch własowców, uzbrojonych tylko w bagnety. Obaj mówili dość dobrze po polsku, bynajmniej nie byli przestraszeni i nawet rozglądali się wokół z dość dużym zainteresowaniem. Sądziliśmy początkowo, że przyszli na zaloty do dziewczyn z położonej w pobliżu wsi, ale obaj jeńcy zaczęli opowiadać, że przed miesiącem uciekli ze swego oddziału stacjonującego w Lublinie i teraz kręcili się po okolicy, pragnąc dostać się do polskiego oddziału partyzanckiego. Sprawa zaczynała po prostu śmierdzieć. Przecież w Lubelskiem aż roiło się od partyzanckich oddziałów AK, AL i radzieckich, a po drugie ich mundury nie nosiły – jak na tak długą drogę – śladów sfatygowania, a wypucowane do lustrzanego połysku buty były tylko lekko przyprószone kurzem. Przy rewizji w kieszeniach znaleziono książeczki wojskowe, w których wpisane były kwoty wypłaconego przed kilku dniami żołdu. Własowcy stracili nagle tupet i elokwencję, a nam pozostało tylko powołanie sądu polowego, oskarżając obu jeńców o szpiegostwo. Nie zaprzeczali, ale również nie chcieli powiedzieć, skąd mieli informacje o miejscu postoju naszego oddziału i w jaki sposób mieli porozumiewać się z Niemcami. Było jasne, że wysłano ich na przeszpiegi licząc na naszą naiwność, ale Niemcy popełnili kardynalny błąd, z właściwą sobie pedanterią wypuszczając poza bramy koszar zwiadowców ogolonych, ostrzyżonych i tak porządnie umundurowanych, jak według regulaminu powinien wychodzić żołnierz na przepustkę. W takiej sytuacji wyrok sądu polowego był jednomyślny i jednoznaczny, a wkrótce ciała dwóch szpiegów zostały pogrzebane dostatecznie głęboko, by nie narazić gościnnych mieszkańców pobliskiej wioski na późniejsze represje.

Przed wieczorem przyszedł do nas miejscowy gajowy z wiadomością, że Niemcy wysłali ze Śródborowa w teren kilka samochodów ciężarowych załadowanych wojskiem. Prawdopodobnie organizowali obławę. Widocznie albo lotnik mimo wszystko coś zauważył, albo Niemcy mieli w okolicy swych informatorów. Zarządzono alarm bojowy i oddział przesunął się na sam skraj leśnego cypla. Całe szczęście, że niebo było zaciągnięte chmurami, wróżąc ciemną noc. Wracać w lasy celestynowskie nie było sensu, gdyż Niemcy mogli spodziewać się takiego manewru i obstawić odcinek linii kolejowej, przez który musielibyśmy przechodzić oraz zablokować wszystkie drogi prowadzące w głąb lasu. Nie pozostawało nam nic innego, jak wyskoczyć na otwartą przestrzeń i obrać kierunek na północny zachód, by następnie zaszyć się w lasach między Otwockiem a Mlądzem. Pierwszy odcinek tej drogi był wręcz makabryczny. Daliśmy nura w pas bagnistego terenu, porośniętego kępami krzaczastych zarośli. Ciemność była tak kompletna, że trzeba było na szyjach przewiązać chusteczki do nosa lub kawałki bandaża, by nie zgubić pod nogami wąziutkiej ścieżki biegnącej przez to bajoro. Ale byliśmy za to pewni, że w takim terenie Niemcy zgubią nasz ślad. Około północy, prawie czołgając się, przekroczyliśmy szosę Otwock – Glinianka. Dalej ciągnęły się już pola uprawne, a za nimi gęste lasy. Przed południem dnia 19 maja oba oddziały rozstały się w pobliżu Emowa po serdecznym, braterskim pożegnaniu.

Upłynęło jednak kilka godzin zanim zdołaliśmy wyskrobać z butów ślady błota, a z ubrań wyskubać źdźbła wyschniętej trawy, liści, mchu i sosnowych igieł. „Kret” zabrał swoją sekcję do Świdra. „Chmura” do Michalina, a pozostali małymi grupkami rozeszli się stopniowo do stacji w Józefowie, Michalinie i Falenicy.[2]


[1] H. Witkowski, „Kedyw” Okręgu Warszawskiego AK w latach 1943 – 1944, Warszawa 1984, s.341. za sprawozdaniem Kedywu OW za maj 1944 r. (AAN syg. 203/X-62).
[2] H. i L. Witkowscy, Kedywiacy, Warszawa 1973, s. 315 – 318.

 
Brak komentarzy

Napisane przez w kategorii Bez kategorii

 

Dodaj komentarz