RSS
 

15 czerwca 1944 r., czwartek

15 cze

Tego dnia patrol z ODB IV Rejonu, dowodzony przez Migdalskiego, został w okolicach Piotrowic zaatakowany przez ośmioosobowy patrol żandarmerii niemieckiej. Żołnierzom oddziału udało się wycofać, lecz w ręce żandarmów dostała się Wacława Miśkiewicz „Markietanka”, „spalona” łączniczka Migdalskiego. Migdalski wraz z Marianem Wesołowskim powzięli błyskawiczną decyzję i w brawurowym ataku odbili „Markietankę”, raniąc przy tym porucznika żandarmerii. Niemcy nie wytrzymali uderzenia i wycofali się, ale wkrótce w pościg za oddziałem Migdalskiego ruszył 30-osobowy patrol żandarmerii z Garwolina z psami tropiącymi. Gdy patrol zbliżył się do ukrytych w zbożu żołnierzy ODB, ci otworzyli huraganowy ogień i powstrzymali wroga.[1]
Tak wyglądał przebieg akcji wynikający z treści opinii zawartej we wniosku odznaczeniowym „ZZ’ i „Mariana”. Ten ostatni wspomina tamto wydarzenie nieco inaczej:

 Dowódca rej. IV Fromczyn ps. „Kania” w uznaniu dotychczasowej działalności udzielił nam 2 – tygodniowego urlopu wypoczynkowego. Skierowano nas na wieś Piotrowice do tamtejszego Oddz. AK, w zasięgu którego był teren majątku. Teren wybitnie wypoczynkowy – jezioro, las, pagórki. Była piękna pogoda. W umówionym dniu udaliśmy się do Karczewa, skąd furmanką zorganizowaną przez Tadeusza Jobdę ruszyliśmy do Piotrowic. Wiozła nas jakaś niewiasta z Karczewa. Zabraliśmy ze sobą jedną z niewiast jako łączniczkę – Wackę Miśkiewicz [ps. „Markietanka”]. Dojechaliśmy niedaleko Piotrowic i zwolniliśmy furmankę, udając się dalej piechotą.
Będąc około 300 m do pierwszych chałup, usłyszeliśmy za zakrętem drogi z tyłu warkot samochodów na drodze polnej. Przyspieszyliśmy kroku i w odległości około 100 –150 m od pierwszej chałupy nadjechały 2 samochody osobowe. Szef Distriktu Garwolina z obstawą. Na nasz widok zatrzymali się, wyskoczyli z samochodów w mundurach z automatami i kb, zaczęli wołać do nas halt – zatrzymać się. My biegiem do pierwszej chałupy, oni za nami. Po dopadnięciu pierwszej chałupy, zza węgłów zaczęliśmy strzelać do nich. Oni popadali, zaczęli strzelać do nas. Ogień pistoletu maszynowego i strzały z pistoletów powstrzymały ich. My przez płoty za następne chałupy. Gdzieś w połowie wsi dopadli Wackę. Kiedy zauważyliśmy to, wzmogliśmy ogień. Zaczęli uciekać drogą w stronę samochodów i szefa, a Wackę zostawili z tyłu dla ich ochrony i kazali jej biec za nimi. Krzyczeliśmy do Wacki„ za chałupę”. Usłyszała, skryła się, a my za nimi i ognia. Wackę odbito. Wystraszony szef Distriktu zaczął wołać obstawę do siebie, potem dość długo stali przy samochodach zastanawiając się, wracać, czy jechać dalej. My z Wacką skokami przez płoty oddaliliśmy się na drugi koniec wsi. Przy skakaniu przez płoty, wszystkie z wikliny – gałęzi wzmocnione u góry drutem kolczastym, wbił mi się kolec z drutu w mięsień kciuka lewego ręki, szarpnąłem i rozerwałem kawał mięśnia. Pamiątkę mam do tej pory w postaci szwu. Niemcy zdecydowali się jechać dalej. Rozstawili się w formie ubezpieczonej i piechotą szli drogą między zbożami, ochraniając jadącego w samochodzie szefa. My również między zbożami drogą okrężną wróciliśmy do Karczewia. Było strachu i ubawu. Jak koledzy zobaczyli mnie umazanego na twarzy krwią, myśleli, że jestem ranny, a to z ręki. Widocznie odruchowo ścierałem twarz.
 Pierwszej pomocy lekarskiej udzielił mi lekarz oddziału karczewskiego, dr Malczewski. Miałem jeszcze jedno przeżycie, jak umazał mi żywą ranę lapisem.[2] 

Niewiastą, która w relacji Wesołowskiego przywiozła żołnierzy Migdalskiego w okolice Piotrowic była kolporterka i łączniczka Genowefa Rębkowska z Karczewa. Ona po latach opisała to zdarzenie tak:

 [15 czerwcza 1944 r.] przewoziłam 5 osób z Karczewa do Piotrowic, moi pasażerowie byli uzbrojeni, około 100 m. przed nami jechał na rowerze dowódca OS z Karczewa Tadeusz Jobda -Orłowski. Dojeżdżając do Sobiekurska pasażerowie wysiedli udając się ścieżką przez zboża w kierunku Piotrowic, mnie kazali wracać. Po przejechaniu 100 – 150 m z zakrętu zajechały mi drogę dwa samochody osobowe a w nich około 10 żandarmów, jeden ubrany po cywilnemu zadawał pytania, ja tłumaczyłam, że zawiozłam kartofle do wsi Łukówiec, bo mój ojciec chory. Niemcy kazali mi odjechać. Po ujechaniu około 100 m usłyszałam strzały, to wywiązała się walka pomiędzy żołnierzami AK a niemiecką żandarmerią. Po przybyciu do domu zauważyłam, że koła w wozie były przestrzelone, to znaczy, że Niemcy strzelali i w moim kierunku.[3]  


[1] Na podstawie wniosku odznaczeniowego V.M. dla Migdalskiego i K.W. dla Wesołowskiego z 24 czerwca 1944 r. Wniosek podpisany przez Stanisława Szulca „Kania”. Obaj przedstawieni zostali do odznaczeń m. in. za tę akcję.
[2] Relacja Mariana Wesołowskiego.
[3] Relacja Genowefy Rębkowskiej.  

 
Brak komentarzy

Napisane przez w kategorii Bez kategorii

 

Dodaj komentarz