RSS
 

Zapoznane uzdrowisko.

30 sty

Stale powtarzają się skargi: brudy w Otwocku, nieporządki w Otwocku. Przeciętny warszawiak wyobraża sobie, że są to tylko lokalne skargi i narzekania o takiej doniosłości, jak na niedostateczne oświetlenie w jakimś Milanówku, Piastowie czy Zielonce. Wyobraża sobie w dodatku, że jest to specyficzne letnisko, ulubione przez ludność żydowską Warszawy – a więc nieporządki otwockie trzeba złożyć na karb tych samych przyczyn, które powodują fatalny wygląd okolic Muranowa – i przejść nad niemi do porządku dziennego.
Inaczej nieco rzecz się będzie przedstawiała, gdy zapytam lekarzy, co sądzą o Otwocku. Dowiemy się, że ścieśniona, źle zabudowana Warszawa, posiadająca znaczny odsetek gruźlików, posiada tuż pod bokiem znakomity teren klimatyczny, którego rozgłos przedostał się aż zagranicę. Niechlujny, brudny Otwock leży akurat w samym centrum tego terenu i posiada wszelkie warunki doskonałej stacji klimatycznej. Nikt tego nie przewidział, nikt o to nie dbał za czasów rosyjskich. Cóż pozostało do zrobienia w obecnym czasie, gdy Otwock z jego zagęszczeniem, jego śródmieściem, porządkami i… kasynem stał się już „faktem dokonanym”? Odsunięto na jego peryferie dwa sanatoria: jedno – miejskie, drugie – żydowskiego towarzystwa „Toz”, założono bardziej planowo budowany i czysty Śródborów. Lecz Otwock pozostał Otwockiem.
Nie jest to wyłącznie dzielnica will i pensjonatów, w których nudy letnich miesięcy spędzają ludzie o nazwiskach nie kończących się na – ski.
Istnieje tam również i dzielnica nędzy, pracującej na gości, żerującej na gościach. Któż jest ten żebrak, włóczący się od domu do domu? Gruźlik, który w ten sposób szuka ratunku dla resztki zjedzonych przez chorobę płuc. Ten szewc, zgarbiony nad łatami butów? Krawiec, który w ciemnej budzie szyje od świtu do nocy? Wszystkich tu ściąga nadzieja cudu, wiara w przedłużenie życia w cudownem, suchem, leczniczem powietrzu.
Stare, drewniane budy, gęsto nastawiane wśród suchotniczych sosenek, w przedwiośnie, w odwilż, późną jesienią zalane wodą, błotniste, niebrukowane ulice, odrażający smród tuż przy stacji i blade, zjedzone przez chorobę twarze biedoty: tak wyglądają warunki higjeniczne Otwocka, który ma wszelkie szanse zostania wielką stacją klimatyczną.
Otwock jest nią poniekąd i dzisiaj. Północna dzielnica stolicy, od placu Krasińskich po Smoczą i Powązki byłaby w stokroć silniejszym stopniu gniazdem i rozsadnikiem gruźlicy, gdyby nie Otwock i Falenica, gdzie schorzała nędza ma się jeszcze gdzie przytulić w nadziei, że znajdzie oba czynniki potrzebne jej do życia: powietrze i pracę. Czy jednak słuszne jest, aby pozostawić wszystko w dawnym stanie: aby zajmować się Otwockiem tyleż co jakimś Grójcem czy Mszczonowem? Ten wielki rezerwuar leczniczego, uzdrawiającego powietrza zasługuje na tyle przynajmniej troskliwej opieki aby nie był zanieczyszczony, zakażany, zapluty i zasmrodzony. Trzeba pamiętać o tem niezastąpionem niczem bogactwie naturalnem, jakie się tuż pod ręką dostępne dla wszystkich, posiada.

D.
Kurier Poranny z 17 lutego 1933 r.

 
Brak komentarzy

Napisane przez w kategorii Bez kategorii

 

Dodaj komentarz