RSS
 

Andriolli Michał Elwiro (1836-1893)

13 lut

Michał Elwiro Andriolli urodził się 2 listopada 1836 r. Był synem Franciszka, rzeźbiarza, osiadłego w Wilnie kapitana wojsk napoleońskich pochodzenia włoskiego.
W latach 1855-1858 studiował w Moskiewskiej Szkole Malarstwa i Rzeźby oraz w Cesarskiej Akademii Sztuk Pięknych w Sankt Petersburgu, a od 1861 w Akademii Świętego Łukasza w Rzymie.
Andriolli brał udział w powstaniu styczniowym w oddziale Ludwika Narbutta. Po aresztowaniu w 1864 roku uciekł z więzienia i przedostał się do Londynu a następnie do Paryża. Do kraju wrócił jako emisariusz Komitetu Emigracji Polskiej, w 1866 został aresztowany i zesłany do Wiatki w środkowej Rosji. Ułaskawiony w 1871, przyjechał do Warszawy, gdzie pracował jako ilustrator czasopism (m.in. Tygodnika Ilustrowanego) oraz utworów literackich (Mickiewicza, Słowackiego, Kraszewskiego, Orzeszkowej i in.).

Szczególnie znane są jego ilustracje do Pana Tadeusza oraz Konrada Wallenroda Adama Mickiewicza, wykonane w latach 1879–1882. W latach 1883-1886 pracował w Paryżu dla wydawnictwa Firmin-Didot, wykonując ilustracje m.in. do dzieł Szekspira i powieści J. F. Coopera. Malował również obrazy, m.in. dla kościołów w Kownie. Do 1880 roku kilkakrotnie przyjeżdżał do Nałęczowa, rysował jego pejzaże.

Do 1880 roku Andriolli mieszkał w Stasinowie (dziś część Mińska Mazowieckiego). W dalszych latach osiedlił się na północ od Karczewa, w folwarku Anielin (o powierzchni 200 hektarów) zakupionym od Zygmunta Kurtza, byłego właściciela majątku Otwock Wielki. W swojej posiadłości nad Świdrem wybudował oprócz swojej willi również kilkanaście domów na wynajem wg własnych projektów, nadając im specyficzny styl, dla którego określenia upowszechniła się nazwa świdermajer, wymyślona przez Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego, coś pomiędzy stylem mazowieckim, zabudową rosyjskich miast i alpejskimi schroniskami.

Michał Elwiro Andriolli zmarł w 1893 roku. Został pochowany na cmentarzu w Nałęczowie.

Tyle na temat Michała Elwiro Andriollego mówi Wikipedia. Tymczasem barwne życie artysty mogłoby stać się scenariuszem filmu…

 

JAK ANDRIOLLI UKRYWAŁ SIĘ PRZED CARSKIMI ŻOŁNIERZAMI?

Ostatnia walka oddziału Ludwika Narbutta miała miejsce 5 maja 1863r. nad brzegami jeziora Pelasia. Podczas tej bitwy dowódca oddziału zginął, zaś sam Andriolli został poważnie ranny w lewe ramię. Krystyna Narbuttowa, matka dowódcy, po pogrzebie syna, odwiozła Michała Elwiro w chłopskim przebraniu do Wilna.

Artysta nie mógł jednak zamieszkać w rodzinnym domu, gdyż naraziłby najbliższych na niebezpieczeństwo. W ciągu dnia z uczernioną twarzą i w stroju chłopa wychodził na miasto, by zdobyć jedzenie i najświeższe wiadomości, nocą zaś sypiał na cmentarzu bernardyńskim. Tymczasem w Wilnie zaczęto podejrzewać, że Andriolli zginął w jednej z bitew.

Powstanie powoli kończyło się, tliło się jeszcze tylko w rejonie Kowna. Michał Elwiro postanowił zatem udać się w tamtym kierunku. Miał ze sobą jedynie fałszywy paszport na nazwisko Malinowski i mandat komisarza władz powstańczych. Zamieszkał pod Kownem, w stogu siana w majątku Linkowo. Niezrażony tym, że policja cały czas deptała mu po piętach, werbował kolejnych ludzi do powstania, bywając w okolicznych restauracjach i przechadzając się nad brzegiem Niemna.

Kiedy jednak stało się jasne, że lada chwila policji uda się go schwytać, uciekł do Petersburga, a następnie do Moskwy. Tam skończyły mu się pieniądze. Aby trochę zarobić, ogłosił się w gazecie jako tłumacz języka włoskiego, niemieckiego, francuskiego i polskiego pod fałszywym nazwiskiem Bianchi. Nikt nie interesował się ogłoszeniem, jednak wkrótce dotarła do Andriollego wiadomość o możliwości objęcia posady tłumacza w Pieterburskich Wiedomostiach. Posadę tę załatwił mu dawny szkolny kolega, Kamiński, i u niego też Andriolli postanowił się dalej ukrywać.

Nie trwało to jednak długo. Wkrótce policja zainteresowała się nowym tłumaczem a także jego wcześniejszymi ogłoszeniami w prasie. Na początku października 1863r. Andriolli został schwytany i aresztowany. Groziła mu kara śmierci, planował więc ucieczkę z więzienia.

1 lutego 1864r. plan udało się zrealizować. Andriolli przeskoczył więzienny mur podczas przechadzki pod okiem strażników. Wraz z nim próbowało uciec jeszcze dwóch więźniów, którym się jednak nie udało i to oni w pierwszej chwili ściągnęli na siebie uwagę strażników. Tymczasem Andriolli wybiegł na ulice miasteczka, a sypiący gęsto śnieg zasypywał jego ślady. W biegu zrzucił ubranie więzienne i w samej bieliźnie dotarł do lasu. Żołnierze stracili go z oczu…

Noc spędził w stogu siana, lecz następnego dnia był tak zmarznięty, że ryzykując wszystko wszedł prosto do izby w pierwszym napotkanym folwarku. Zastał tam jedynie starego parobka, który zlitował się nad nim, oddał własny kożuch, nakarmił i pozwolił się ogrzać. A gdy chwilę potem w progu stanęli żołnierze pytający o zbiega, parobek nie przerywając swoich zajęć odparł, że żadnego zbiega tu nie było i on nikogo nie widział.

Ten sam parobek po kryjomu odwiózł Andriollego do rodziców, do Wilna. Artysta miał odmrożone ręce i stopy, musiał przede wszystkim dojść do zdrowia. Rodzice, nie mając lepszego pomysłu na ukrycie syna, zamurowali go w kominie domu, gdzie przez luft podawali mu jedzenie i lekarstwa, dopóki nie wyzdrowiał. Kiedy to nastąpiło, w przebraniu staroobrzędowca wyjechał do Rygi.

Trudno powiedzieć, czy wszystkie elementy tej historii są prawdziwe, bowiem Andriolli lubił nieco koloryzować opowieści z własnego życia i we wspomnieniach różnych ludzi, którzy go znali, historia ucieczki przed żołnierzami carskimi przedstawiana jest z pewnymi różnicami. Nie ulega jednak wątpliwości, że była to niezwykle barwna historia.

 

JAK ANDRIOLLI TRAFIŁ DO WIATKI?

Nie wszyscy wiedzą, że pierwszy wyrok, jaki ciążył na Andriollim za udział w powstaniu styczniowym, nie przewidywał wcale zesłania do Wiatki. Kiedy w 1866r. Michał Elwiro został aresztowany i dwa lata później postawiony przed sądem wojennym w Wilnie, zarzucono mu „zbrojny udział w powstaniu, pełnienie obowiązków komisarza władz rewolucyjnych na gubernię kowieńską, wreszcie przedzieranie się nielegalne do kraju w roli emisariusza”. W lipcu 1868r. Andriolli został skazany na 15 lat robót katorżnych na Syberii. W więzieniu wileńskim artysta oczekiwał na wykonanie wyroku…

I wtedy w jego życiu miała miejsce prawdziwie filmowa historia. Dzięki więziennemu nadzorcy zdobył fotografię pani gubernatorowej, która dawniej uchodziła za prawdziwą piękność petersburskiego dworu, a obecnie była już podstarzałą kobietą ze śladami dawnej urody. Andriolli sporządził portret damy, powiększając i nieco idealizując fotografię a następnie przesłał swoje dzieło gubernatorowej. Kobieta była zachwycona i natychmiast zapragnęła poznać utalentowanego artystę. Z miejsca uległa jego urokowi, co zaowocowało jej wstawiennictwem w sprawie Andriollego, a w konsekwencji zmianą wyroku sądowego na łagodniejszy.

Taką wersję zdarzeń przedstawił wileński dziennikarz Jan Obst. Trudno powiedzieć, na ile jest ona prawdziwa. Faktem jest, że za Andriollim wstawiła się niejaka pani Potapowa, która rzeczywiście była żoną generał-gubernatora wileńskiego. I rzeczywiście to właśnie jej wstawiennictwo spowodowało zmianę wyroku. Czy jednak naprawdę Michał Elwiro rozkochał ją w sobie, czy może do gubernatorowej dotarła z prośbą o pomoc rodzina artysty? Trudno powiedzieć…

Jakkolwiek by nie było, Michał Elwiro Andriolli cudem uniknął 15-letnich robót katorżnych na dalekiej Syberii. Zamiast tego znalazł się pod nadzorem policyjnym w Wiatce (dzisiejszym Kirowie), w zachodniej części Rosji.

 

JAK TO Z ILUSTRACJAMI DO „PANA TADEUSZA” BYŁO…

Ilustracje, które Andriolli wykonał do „Pana Tadeusza”, przez wielu uznawane są za największe jego dzieło. Tymczasem w czasie, kiedy ilustracje te powstały, wzbudziły raczej kontrowersje niż zachwyt.

Do czasów zilustrowania „Pana Tadeusza” każda praca Andriollego spotykała się z ogólnym zachwytem. Rysunki w ilustrowanych pismach, ilustracje do „Marii” Malczewskiego czy „Starej baśni” Kraszewskiego natychmiast stawały się dumą ówczesnego ilustratorstwa polskiego. Tego samego spodziewał się również lwowski wydawca Herman Altenberg, który w 1879r. zaproponował Andriollemu zilustrowanie „Pana Tadeusza” Adama Mickiewicza.

Los sprawił jednak, że wykonywanie ilustracji do tego wybitnego dzieła zbiegło się w czasie z tragicznymi wydarzeniami w życiu artysty. W 1878r. zmarła półtoraroczna córeczka Andriollego, zaś w roku 1880 jego ukochana matka. Zlecenie dla lwowskiego wydawcy artysta wykonywał z jednej strony w czasie żałoby po jedynym dziecku, z drugiej zaś, jak sam później wspominał, „przy łóżku umierającej matki”. Nic zatem dziwnego, że ostatecznie sam uznał swoje dzieło za wyjątkowo nieudane.

Ilustracje do „Pana Tadeusza” od chwili wydania dzieła wzbudzały wśród odbiorców mieszane uczucia. Stanisław Witkiewicz zarzucał artyście brak prostoty, a także brak znajomości życia i ludzi. Ówczesna prasa zaś pisała o nieudolności wizerunków i pośpiechu, w jakim były wykonywane. Ale nie brakowało i takich, którzy byli nimi prawdziwie zachwyceni. Antoni Zaleski w liście skierowanym do Andriollego uznał ilustracje do „Pana Tadeusza” za prawdziwe arcydzieło, znaleźli się i tacy, którzy określili je jako wydawnictwo „nie ustępujące najpiękniejszym publikacjom zagranicznym”.

Mimo tak kontrowersyjnych opinii ilustracje Andriollego do „Pana Tadeusza” stały się niemalże ikoną jego twórczości i dziś to właśnie dzięki nim jest powszechnie znany.

 

JAK ANDRIOLLI PRZEBUDOWYWAŁ DWÓR W STASINOWIE?

25 listopada 1875r. Michał Elwiro Andriolli poślubił Natalię Helenę Tarnowską. W tym samym roku państwo młodzi zostali właścicielami majątku Stasinów położonego pod Mińskiem Mazowieckim (obecnie w jego granicach). Zamieszkali w nim razem ze sprowadzoną z Wilna matką artysty.

Andriolli z właściwym sobie entuzjazmem i głową pełną pomysłów przystąpił do przebudowy dworu. Projektował wnętrze, zmieniał środek, przywoził meble, rośliny do ogrodu i powoli dostosowywał Stasinów do swoich potrzeb. Majątek piękniał z roku na rok.

Jak przebiegały prace nad przebudową, wspominał wiele lat później przyjaciel artysty, Henryk Dobrzycki:

Nie zapomnę nigdy bardzo charakterystycznej rozmowy w tym względzie, przypadkiem usłyszanej, jaką pomiędzy sobą dwaj mularze, stale u Andriollego zajęcie mający, prowadzili. A było to przed wielu laty, na dawnej siedzibie w Stasinowie, gdzie maestro nie miał jeszcze tak obszernego pola do rozwinięcia swych budowlanych projektów:

- Który my to już raz tę ścianę rozwalamy, kumie? – pytał jeden drugiego
- Musi trzeci lub czwarty…
- A na co to?
- Bo ja wiem, ale widzi mi się na to, że ten Androla to musi jest z masonów.
- Z masonów? A co to je masony?
- A to widzi kum, to je taki naród, co cięgiem musi budować. Jedno rozwali, drugie postawi; drugie rozwali, trzecie buduje; bo jakby nie budował, toby umer, tak stoi u nich w książkach napisane i tylo. Sprawiedliwie kumie mówię… 

JAK ANDRIOLLI URZĄDZAŁ SIĘ NAD ŚWIDREM?

W 1880r. Michał Elwiro Andriolli zakupił od Zygmunta Kurtza, właściciela dóbr Otwock Wielki, olbrzymią, bo liczącą ponad 200ha działkę leśną, przeciętą rzeką Świder. Był to teren właściwie dziewiczy, w całości pokryty lasem, niemal niezamieszkany. Swój nowy majątek Andriolli nazwał Brzegami.

Pomysł, by przeprowadzić się nad Świder, zakiełkował w głowie artysty w momencie śmierci najbliższych mu osób: córeczki i matki. Pamięć o nich wciąż była żywa i bolesna. Ponadto majątek Stasinów, w którym do tej pory mieszkał Andriolli z żoną Natalią, przestał odpowiadać potrzebom ilustratora, leżał bowiem w zbyt hałaśliwej i zaludnionej okolicy, a w pobliżu stanowczo brakowało większej połaci lasu czy wody. Tymczasem działka nad Świdrem, dzika i niezamieszkana, sprzyjała artystycznemu natchnieniu i pozwalała oderwać się od przykrych wspomnień. Nawet nieprzewidywalność rzeki, która z niepozornej i płytkiej stawała się w przeciągu kilku dni prawdziwie groźną, nie zniechęcała Andriollego, a wydawała mu się wręcz zaletą. Jak sam stwierdził: „walka z żywiołami to rozkosz, to prawdziwe życie dla mnie, więc to (…) dodaje tylko mej przyszłej siedzibie nowego uroku”.

Tak więc bez wahania artysta nabył tę 200-hektarową działkę i czym prędzej zaczął ją zagospodarowywać. Zanim jednak wybudował dla siebie nową siedzibę, na kilka miesięcy zamieszkał w szałasie z gałęzi, jedzenie gotował sobie przy ognisku, a po lesie poruszał się ze strzelbą przewieszoną przez ramię, na wypadek, gdyby przyszło mu się zmierzyć z jakimś dzikim zwierzem. I prowadząc taki spartański tryb życia, pierwszy raz od dłuższego czasu znów poczuł się szczęśliwy.

Przez dłuższy czas w życiu Andriollego liczyło się tylko jedno – zagospodarowanie działki i przemiana jej w ludzką siedzibę. W pierwszej kolejności Andriolli zaprojektował drewniany dwór z pracownią dla siebie. W projekcie tym znalazły odzwierciedlenie wszystkie burzliwe koleje losu artysty. A więc widać tam było elementy budownictwa rosyjskiego, które oglądał podczas zesłania, elementy charakterystyczne dla alpejskich schronisk, w których bywał, a także inspiracje rodzimym budownictwem zakopiańskim i mazowieckim. Andriolli nie poprzestał na wykonaniu projektu, lecz czynnie uczestniczył w pracach budowlanych, nie pozwalając, by jakakolwiek część robót wymknęła mu się spod kontroli.

Ten pierwszy dom otrzymał nazwę „Mój”. W kolejnych latach obok niego powstawały kolejne, również zaprojektowane przez artystę. Wśród nich Andriolli posadził ozdobne krzewy i drzewa owocowe i nagle z leśnej dziczy działka stała się pięknie utrzymaną posiadłością. Powstała pierwsza na tych terenach prawdziwa kolonia domków letniskowych, która szybko zapełniła się mieszkańcami pragnącymi spędzać tu wakacje.

CO TO ZNACZY MIEĆ OBA BRZEGI ŚWIDRA?

Henryk Dobrzycki, wieloletni przyjaciel Andriollego, chętnie wspominał entuzjazm, jaki towarzyszył artyście w pierwszych dniach po zakupie posiadłości nad Świdrem i rozmowę, jaką wówczas przeprowadzili:

-(…) Mam to, czegom pragnął, do czegom wzdychał: naturę i ciszę. W najpiękniejszym punkcie  zbuduję sobie wygodny dworek, a w miarę środków będę budował wille dla letników, ale dla letników miłujących spokój i pragnących rzeczywiście zapomnieć podczas lata o wielkim mieście oraz o jego okropnościach. Zdaje mi się nawet, że miejscowość ta bardzo by się kwalifikowała na jakieś sanatorium. (…) Ale o najważniejszej rzeczy zapomniałem ci powiedzieć, tj, że ziemia, której właściciel ma honor mówić z tobą, przedstawia wydłużoną figurę i ciągnie się pasem po obu brzegach Świdra, że zaś 12 włók szmat to ziemi nie lada, więc jestem właścicielem rzeki na znacznej przestrzeni, bo o ile widać na mapie – od mostu kolejowego prawie aż ujścia Świdra do Wisły. Mogę więc trochę i o rybołówstwie pomyśleć, pobudować domki wzdłuż obydwu brzegów rzeki, wreszcie jakiś jeden, drugi młynek postawić lub, w razie potrzeby, jakieś motory itd. Ale ty, doktorze, tego nie rozumiesz, co to jest mieć oba brzegi rzeki, słuchasz jak o rzeczy zwyczajnej, ty nie pojmujesz tego, co to jest mieć oba brzegi Świdra!

- Dlaczego nie mam rozumieć? Mieć oba brzegi rzeki, to znaczy mieć brzeg prawy i lewy, bo o ile wiem z geografii nawet tak wyjątkowa rzeka jak twój Świder trzech brzegów chyba mieć nie może. A teraz pozwól, abym ci choć jedno słówko o owym Świdrze jako rzece powiedział, gdyż praktykując w okolicach, w których się przyszła twoja siedziba ma znaleźć, z górą lat dwanaście, przejeżdżałem przez niego w różnych porach roku dziesiątki razy, tonąłem w nim z końmi i bryczką, polowałem nad jego brzegami na błotne ptactwo; słowem miałem aż nadto sposobności do poznania onego Świdra. Otóż ów Świder to prawdziwy świder; potrafi się wświdrować nawet tam, gdzie go się nikt nie spodziewa. Liczyć na niego jako na coś pewnego, stałego, nigdy nie można. (…) oto podczas suchego lata zdarza się nieraz, że kaczka pięt sobie w Świdrze nie może zamaczać, gdy tymczasem na jesieni lub w porze roztopów wiosennych ów marny Świder staje się groźnym. Potrafi się on nagle przemienić w wiorstowej szerokości rzekę, a wtedy drzewa całe, sterty, a nieraz i chałupy spławia bezpłatnie do Gdańska. Nawet i to jest możebne, że będąc mieszkańcem np. lewego brzegu Świdra możesz się pewnego pięknego poranku obudzić na prawym. I cóż ty na to?

- Ja nic. (…) Czy sądzisz, że mnie to przeraża? Ani trochę! Nie bój się o mnie: umiem sobie radzić. Od czegóż są tamy, od czegóż wierzba, której łozy w należytej ilości wysadzone mogą umocnić brzegi nie takiej jak Świder rzeczułki. Wreszcie znasz mnie, że walka z żywiołami to rozkosz, to prawdziwe życie dla mnie, więc to coś powiedział, dodaje tylko mej przyszłej siedzibie nowego uroku. Dziękuję ci za to.

- No to chwała Bogu, że będziecie obaj z siebie kontenci, tj. ty ze Świdra i Świder z ciebie.

Andriolli wziął sobie do serca tę rozmowę. Już w pierwszych latach po nabyciu posiadłości rozpoczął prace nad wzmocnieniem brzegów Świdra. Wybudował wiele tam, i wysadził podobno miliony wierzbowych łóz pewien, że to wystarczy. Tak zresztą zapewniali go specjaliści, z którymi konsultował problem.

Nie wystarczyło. W 1887r. (lub 1888r.) Świder pierwszy raz pokazał swoje nieprzyjazne oblicze. Wszystkie tamy zostały przez rzekę zniesione, most zbudowany własnoręcznie przez Andriollego zabrany z prądem a wierzby wypłukane. Rzeka wyżłobiła nowe koryto, a jakby tego było mało niebezpiecznie podmyła jeden z domów, drugi natomiast zupełnie pozbawiła gruntu sprawiając, że niemal zawisł w powietrzu nad korytem Świdra.

Ale i to nie zniechęciło Andriollego. Posadził kolejne wierzby, wybudował kolejne, jeszcze droższe tamy, ciągle wierząc, że uda mu się bez większych szkód w posiadłości współistnieć z niebezpieczną rzeką. Czyż bowiem może być coś wspanialszego niż posiadanie obu brzegów Świdra?

 

JAK TWORZYŁ ANDRIOLLI?

Oprócz wielkich prac, które powstawały na zamówienie wydawnictw w zaciszu pracowni Andriollego, artysta rysował często na przyjęciach i oficjalnych imprezach rysunki ołówkiem i rozdawał je obserwującym jego pracę gościom na pamiątkę. Jedną z takich sytuacji wspominał Klemens Junosza-Szaniawski:

Na stole leżał tzw. „pasek”. Jest to długi a wąski skrawek papieru, na którym pisze się artykuły do druku… Tuż przy pasku znajdował się ołówek. Andriolli wziął go do ręki i od niechcenia zaczął rzucać jakieś kreski na papier. Z ciekawością wielką patrzyłem na zgrabną, nerwową rękę Andriollego. Ołówek nie posuwał się po papierze, ale skakał i stukał po stole, niby sztyfcik aparatu telegraficznego. Rzucał bezładnie na pozór kreski podłużne i poprzeczne, miejscami szeregiem energicznych, niesłychanie szybkich ruchów zrobił ciemną plamę – cień, jeszcze się zamaszysto posunął, jeszcze stuknął – i oto już wygląda z papieru postać starca z ogromnymi białymi wąsami, charakterystyczna niezmiernie. (…) Wielką miałem ochotę na rysunek takiego mistrza, lecz nie śmiałem prosić, ale sam odgadł myśl moję i rzekł:

- Czekaj, zrobię coś dla ciebie, co chcesz?
- Wszystko jedno – odrzekłem – chłopa, dziewczynę wiejską, cokolwiek.
- A nie! Tobie się co innego należy: dla ciebie będzie Żyd. Dobrze?
- Niech będzie i Żyd.
- To ci się należy – mówił i jednocześnie szkicował, mówiąc: będzie Żyd ogromnie uczony i ogromnie pyszny. Widziałem takich masami. Trzeba mu dać futrzany kołpak na głowę, dumny wyraz twarzy, podniesioną głowę, wielką pewność siebie, boć to nie lada osoba, nie biedny łapserdak, co skórki zajęcze sprzedaje, ale wielki more morejne, kupiec, talmudysta. Najadł się ryby na szabas i czuje swoją godność.

Podczas, gdy mówił, ołówek skakał po papierze, stukał i w ciągu kilku minut „wspaniały Żyd” był gotów.

 

CO SIĘ STAŁO Z BRZEGAMI PO ŚMIERCI ANDRIOLLEGO?

Fragment testamentu Michała Elwiro Andriollego:

Warszawa, 5. Oboźna, 18.VI.1893

Z wolnej, nieprzymuszonej woli, zdrów zupełnie na umyśle, robię to rozporządzenie na wypadek śmierci.

Posiadam na zupełną własność przeze mnie nabytą:

  1. 1.        Folwark Brzegi z czternastu willami.
  2. 2.        Sumę 6000 rubli (sześć tysięcy), opartą na hipotece No1 sąsiedniego folwarku Bojarowa, należącego do p. Moes-Oskragiełło. Od której to sumy pan Moes płaci mi ośm procent z góry.

Ponieważ zakładałem Brzegi w myśl wytworzenia tam sanatorium, to rad bym by się ta myśl urzeczywistniła, co poddaję pod sąd dra Henryka Dobrzyckiego. W razie gdyby uznał rzecz za możebną, daję mu pełnomocnictwo w tej kwestii – pewny, że i rodzina moja, która go zna, podzieli moją wolę. Pełnomocnictwo tycze się tylko Brzegów, a nie sumy na Bojarowie. (…)

Według testamentu, jaki pozostawił po sobie Michał Elwiro Andriolli, jego nadświdrzański majątek Brzegi miał stać się po jego śmierci sanatorium dla niezamożnych, zwłaszcza zaś dla dzieci. Zrealizowaniem ostatniej woli artysty miał zająć się jego wieloletni przyjaciel, doktor Henryk Dobrzycki.

Tak też się stało. Wkrótce po śmierci Andriollego doktor, w porozumieniu z rodziną zmarłego, rozpoczął pierwsze działania mające na celu otwarcie sanatorium w Brzegach. Opracował plan działania instytucji, który nawet spotkał się z uznaniem warszawskiego Towarzystwa Higienicznego, a następnie zaczął szukać środków na realizację projektu. Nie było to łatwe i już w 1902r. Dobrzycki wiedział, że na razie nie uda mu się spełnić ostatniej woli przyjaciela. Tak więc połowa terytorium Brzegów została wkrótce sprzedana dwóm lekarzom, którzy na szczęście także popierali projekt utworzenia sanatorium i od razu wydzielili część zakupionej przestrzeni na ten cel. Lekarze ci, wraz z doktorem Dobrzyckim założyli w tym samym roku Towarzystwo Akcyjne „Brzegi”. Towarzystwo to od razu otrzymało koncesję i wydawało się, że wszystko w końcu obierze pożądany kierunek. Niestety akcja utworzenia sanatorium ostatecznie poległa wraz z nadejściem rewolucji 1905r.

Brzegi przetrwały ją podzielone między rodzinę artysty a spółkę lekarzy. Po 1920r. część terenu nabyło państwo, by założyć tam Sanatorium Związku Pocztowców. W domkach Andriollego urządzano kolonie letnie dla dzieci urzędników, co chociaż w niewielkim stopniu zgodne było z ostatnią wolą artysty. Już wtedy posiadłość powoli poddawała się napierającemu na nią zewsząd lasowi: po dawnym pięknym ogrodzie zostało ledwie kilka zdziczałych drzewek, a sczerniałe ze starości domki chyliły się ku ziemi.

W 1939r. wille Andriollego jeszcze istniały, ale można było już podejrzewać, że ich dni są policzone. Pod koniec lat 60-tych zostały z nich resztki: fundamenty, fragmenty schodów… Na tych resztkach wybudowano jednak domki kempingowe dla wczasowiczów, hotel dla pielęgniarek, pawilon szpitalny i odcinek szosy, który do niego prowadzi.

Nie ma również śladu po samej nazwie „Brzegi”…

 

Opracowała Katarzyna Kulik

 
Brak komentarzy

Napisane przez w kategorii Bez kategorii

 

Dodaj komentarz