RSS
 

Monte Otwockie

01 lut

Wieść rozkoszna i zdawna oczekiwana roznosi się zwolna po całej Rzeczpospolitej. Po długoletnich debatach, zwlekaniach, odkładaniach i ceregielach wreszcie pozwolono na otwarcie wielkiego Domu Gry, oczywiście, w najbardziej uroczym zakątku, jaki tylko udało się ze świecą znaleźć w naszym kraju.

Moraliści i utylitaryści

Na instalowanie takiego zakładu w ojczyźnie można mieć zapatrywania rozmaite i poglądy także sprzeczne. Zależy zawsze od humoru i od gatunku sugestji. Rano rozmawia się na ten temat z surowym moralistą, który taką całą instytucję odrzuca z miejsca potępiając, co się wlezie.
I przytacza na poparcie sto lub sto dwadzieścia argumentów. I wtedy wraca się do domu wprost trzęsąc się z oburzenia, że coś podobnego może stanąć za ziemi Piastów i Popielów i że i z tego brudnego źródliska państwo ma czerpać swe nowe dochody.

Wieczorem spotka się normalnego utylitarystę, pozytywistę, oportunistę, względnie jegomościa, co to w Europie tu i owdzie bywał, nie z jednego pieca węgle wyjadał, nie z jednym beczkę soli przehandlował, ocierał się dużo i przetarł, co się wlezie. Ten znowu wyjeżdża ze swymi argumentami, niepozbawionemi czerstwego cynizmu i krzepkiej nowoczesności.

… Domy gry bywają wszędzie. Ten naród ma walki byków, tamten walki kogutów, ten giełdę, tamten loterję. Ale zawsze lepiej, aby swój do swego po swoje, a nie na wynos. Francja porządny naród czy nie porządny? Porządny. A rocznie zgarnia powyżej 400 (czterysta) miljonów franków z domów gry, kasyn i z koników. Szwajcarzy porządny naród? Porządny, wzorowy! Prawda? Cnotami aż od nich kapie. Solidny, uczciwy, przykładny. Do roku 1925 były ruletki w Genewie, w Lugano, Lucernie, Bernie, Montreux, Interlaken i jeszcze tu i owdzie. W r. 1925 pozamykano. Prohibicja od hazardu. Odrazu cyfra turystów i to „forsowniejszych”
(od forsy) turystów zaczęła spadać na łeb na szyję i to nie z gór, nie z turni, tylko w ogóle absencja, sanotaż i bogate Angliki do Evian, do Deauville, do d’Enghien, do Trouville i na Jasny Brzeg. Hotelarzom zaczęły nosy opadać na kwintę.

My chcemy rulety.

Wreszcie w r. 1929 zaczęła się agitacja, propaganda, wiece, pochody, demonstracje, plebiscyty: my chcemy rulety! Nie dla siebie! Nie. Lecz dla gości, dla etranżerów i forestierów, dla innostranców! I przeparli. Młodzież sobie idzie na turnie, uprawia sporty zimowe i letnie, leczy w Davos gruźlicę. Starsi i starsze rżną w brydża, a w wolnych chwilach pójdą na koniki lub zgoła i w ruletkę zaryzykują co-nieco franusiów czy szterlingów. Ludzkie to arcyludzkie. Nikogo tem nie zgorszy. Ma kto na ruletkę, to sobie gra, niema, to idzie na spacer lub do kina. Przegra to przegra, nie pierwszy i nie ostatni. A zastrzeli się to się zastrzeli. Widocznie nie było mu pisane dożyć lat Matuzalemowych. I tak tych ludzi na świecie za dużo. Hyperprodukcja wprost niemożliwa i sam seryjny wyrób. Lepiej, że rodacy zostawiają gotówkę w swoim „Domu Gry”, niżby mieli ostatnie oszczędności wywozić do Monaco…

Tak lub podobnie argumentuje człowiek nowoczesny względnie egoista narodowy, czyli państwowiec pospolity, który rozumuje kategorjami materjalistycznemi, ekonomicznemi, manchesterskiemi. Co takiego heretyka obchodzi etyka, etos, portos… aramis… On poprostu nie chce, aby złoto wyciekało z ojczyzny, ale wprost przeciwnie, żeby do niej licznemi strumykami wpływało. Jeżdżą na Jasny Brzeg lub do Trouville czy Deauville narody zachodnie, to można tutaj zmontować coś takiego, coby przyciągało i fascynowało, stało się atrakcją dla plemion i ludów wschodnich i sąsiadujących z nami. A nuż się zwabią i zaczną przyjeżdżać wielcy przemysłowcy litewscy, bankierzy białoruscy, bojarzy rumuńscy, magnaci węgierscy, miljonerzy łotewscy z Rygi lub zgoła junkrowie wschodnio-pruscy. Niech się uda tylko odciągnąć część bywalców z „Jaskini” sopockiej, a już nasza wygrana a Prusakom sadła za skórę się naleje.

Gdzie i jak?

Gdy się tędy już akceptowało platformę utylitarystyczną i podejście do problemu państwowego, rozchodzić się już będzie tylko o to, gdzie i jak, w którym punkcie na mapie, w którym miejscu?

I tu znów, oczywiście, ile głów tyle rozmów. Jedni radzą w Jastarni, inni na Cyrli, tamci nad Czeremoszem, a inni w Kartuzach nad jeziorem (Kaszebska Szwajcarja), tamci w Trokach pod Wilnem, inni w Brzuchowicach pod Lwowem, jedni w Nałęczowie, inni w Pieskowej Skale. Ten widział zamek w Rydzynie i radzi Rydzynę, ów znów był w „Polskim Meranie” i radzi… Zakopaniczom pewien dygnitarz, zdaje się Zaduch, obiecał, że będzie w Zakopaństwie, ale znowu Białowieżanom inny mandaryn Wu dał słowo, że w środku puszczy.

I jak to zawsze w Polsce: sejmokracja, partyjnicość i na jedno zgodzić się nie mogą, choć jasne jest, że taki Dom Gry musi być w najcudowniejszym cichym zakątku pejzażowym, żeby ci, co narazie nie grają, mieli sobie co oglądać i westchnąć, że jednak świat jest piękny, a tu trzeba się z życiem pożegnać i palec na cyngiel.

„Wielka spluwaczka”

Kilka lat się różne grupy i partje swarzyły co do wyboru miejsca najpiękniejszego w kraju, godnego rywalizować z Montreux lub z Ostendą, z Homburgiem lub Engadinem, aż wreszcie znów musiał przyjść jeden jedynak, z Salomonowym mózgiem Herkulo i ten przeciął węzeł gordyjski jednym susem, po dyktatorsku: Otwock, Saint-Otwockie, Monte Otwockie!

Zachodzi teraz pytanie pryncypalne i globalne: czy było całej Polsce miejsce bardziej odrażające względnie wstrętniejsze albo w ogóle ohydniejsze? Po drugie: czy to osiedle, które ongiś St. Brzozowski nazwał „wielką spluwaczką” naprawdę przypomina Homburg względnie Gartein? Po trzecie: czy jest nadzieja, żeby Anglicy zamiast na wyspę Man lub do Kairu zajeżdżali tłumnie do Monte Otwock? Po czwarte: czy po włożeniu 50 miljonów dolarów przy współpracy najtęższych polskich urbanistów, pejzażystów, krajoznawców i architektów, da się z tej na razie skromnej, ale nie pozbawionej wdzięku dziury względnie dziurska, względnie obrzydlistwa zrobić i wytworzyć coś miłego dla oka i nosa, co przyciągałoby chmary turystów, względnie co majętniejszych Rusinów, Poleszuków, Łotyszów, Słowaków, względnie Litwinów, lub Węgrów? Czy da się w te strony nakierować Niemców odciągnąwszy ich od Copot lub Czechów, odciągnąwszy ich od Piszczan czy Luchaczowic?

Fauna tubylcza

Otóż to właśnie jest problem, jest dylemat, jest kwestja, the question. Na Amerykanów liczyć zdaje się nie będzie można. Mają oni swoją Florydę, Miami, Palm-Beach, Seattle i t. p. i na tem poprzestaną. Nawet najbardziej „konstruktywna propaganda“ w tym wypadku okazałaby się bezsilną. Z tego gatunku turystów trzebaby zdaje się stanowczo zrezygnować. Narazie oprzeć się i liczyć można tylko na klijentelę swojską, rodzimą, i nadwiślańską, na gatunek domorosły, na faunę tubylczą, made in Poland. To jest materjał pewniejszy i do pewnego stopnia nie ulegający zakwestjonowaniu. Za tak zwaną granicę, w cudze kraje, w obce raje materjał ten już wyjeżdżać nie będzie w żadnej możności. Poprostu są już skazani dożywotnio na patriotyzm widowiskowy („Cudze chwalicie swego nie znacie, sami nie wiecie co posiadacie)… Jakby już przeczuwając, co ich czeka jeszcze w r. 1930 (ostatni rok prosperity) wykupili 100.000 paszportów (sic), by tylko pożegnać się poraz ostatni z Europą przed zapadnięciem wieczystem na ojczyzny łono. Już w roku 1932 niema i nie będzie mowy o żadnych familijnych gremialnych wyjazdach do kurortów i rivierów. W kraju, w krajowych „perłach” będzie to to musiało wszystko siedzieć, swojskim pejzażem się „napawać”, może i klnąc na czem świat stoi, zionąc goryczą, a rezygnacji pełne…

Desperacka klijentela

I oto na ten to materjał ludzki, na tę frekwencję, na tę nieco i desperacką klijentelę może stuprocentową pewnością liczyć nasze Monaco Otwockie. Te ludzie będą tak rozwścieklone, że do wszelkiego hazardu i ryzyka zdolne. Te typy będą musowo masowo zjeżdżać Lincolnami, Cadillacami i Roll-Mopsami do Monte Otwockie, stawać po luksusowych hotelach Waldorf-Astoria, Criterion, Espluwade, Majestic, Edward VIII, Małgorzacin, Windsor-Castle, Danuta, Cumberland, Dziadoszyn i od rana do nocy i od nocy do rana spuszczać tu całe fortuny, zastawiając w krytycznych momentach nawet plomby złote i pióra samopiszące.
Na innych turystów prócz naszych najmilszych fetorystów też dużo liczyć nie można odkąd pan Starzyński spóźnił się ze swoją „komisją międzyministerjalną do zbadania zagadnień turystyki”, ze swym „niezwłocznie niezbędnym państwowym urzędem turystycznym, utworzonym przy M. B. P.” i odkąd generał Neugebauer „dla wzmożenia turystyki w państwie obłożył haraczem samochodztwo”.

Kto zacz… sta-wiacz.

Teraz już pies cudzoziemski z kulawą nogą nie chce ani słyszeć o zwiedzaniu naszego krajobrazu co dopiero cudzoziemiec sam. Kalkulować tedy trzeba Kasyno Otwockie i kombinować na samych swoich. Dużo też tego nie będzie. Aczkolwiek bowiem „Chicago Daily Tribune” z 26 marca pisała, że w Warszawie lokale restauracyjne, dancingi, divertissementy i etablissementy pełne, to my tu na miejscu jednakże wiemy, co, jak i kiedy i kto zacz… sta-wiacz…

Aparatczyki

Deterdungów i Morganów w Warszawie już niema. Ani agrarjuszów, ani patrycjuszów. Ani złotej młodzieży, ani bogatych kupców, inżynierów, adwokatów. Forsę ma i bawi się i używa i rumbuje i szyku zadaje już tylko w wyłącznie falanga aparatczyków. Tout comme chez… Moscou. Oguś, Kizio, Malerek. Aparatczyki. Wyższa biurokracja, wyższa sejmokracja, sanatory i bebewory. Aparatczyki. W Zakopanem mieszkają se w Bristolu (taki standard of life), a w „Morskiem Oku” szwedzki puncz se piją popołudniu (taki savoir-vivere). Maniery okupańskie, joie de vivre okupańska, manicury, stenotypistki, sekretarki, urzędniczki, garsonki, radosna twórczość knajpiana i taneczna. Słyszał jeden z drugim, że Chamberlain gra rano golfa, więc wojewoda Centuś czy parlamencki wodzirej też jest „w formie” i ślizga się i tańczy co drugą noc coram publico to w Adrji to w Oazie. A inną ekscelencję znów aż wynoszą ze Savoy’u tak mu byczo. Nowi panowie… Aparatczyki. I mają forsę. Kelnerom w lwowskim Sanssouci od 20 lat jeszcze zostali winni, Hipciowi portek nie pooddawali, ale są Sans souci i Sansfacon. Aparatczyki. Już tylko oni mają monety. No i ostatnie Geldhaby jeszcze na coś sobie mogą pozwolić.
No i defraudanser jaki taki jak się trafi. Aparatczyki i żygolaki. Przedmurze cywilizacji – Antimorale Analfabeocji. Nie tyle crème de la crème ile crème de la Choumovinne.

Dla tych wyższych dziesięciu tysięcy aparatczyków takie Monte Carlo w Otwocku będzie w sam raz „comme il faut”. I lux i styl odpowiedni. Miało Monte-Carlo swego Radziwiła, to i tu raz zawitać może inny. Panowie Burda i Sanojca także. Wiślicki będzie lordem Melchettem czy Jamesem Montefiore tego kasyna. Rachele z Krochmalnej będą robiły Amerykanki z Fifth-Avenue New York. Krupierzy zamiast starego: M. faites votre jeu! będą wołały: Jazda Sanacja stawiać! Powietrze będzie ciężkie w tych… salonach i niczem nie przypominające Atkinsowskich perfum… Ale okna na „spluwaczkę” Otwocką i na park z palmami będzie można otwierać
od czasu do czasu.

Dużą konkurencję stworzy Kasyno Otwockie dla warszawskich Adrji i Bodeg i Oaz, ale radosną twórczość taneczną i pijacką okupaństwa przeniesie bądź co bądź poza peryferje stolicy. A to ważne.

Adolf Nowaczyński
ABC Nr 103, 9 kwietnia 1932r.

Czytaj więcej w „Otwock w prasie 1930-1939″, Otwock 2016. Publikacja dostępna w Muzeum Ziemi Otwockiej.

 
Brak komentarzy

Napisane przez w kategorii Bez kategorii

 

Dodaj komentarz