RSS
 

Jan Rekłajtis, Stanisław Rekłajtis, Romana Rekłajtis, z d. Grzybowska, Ludwika Grzybowska, z d. Brandt, Tadeusz Zabokrzecki

21 sie

 

Jan Rekłajtis (1869-1954)
Stanisław Rekłajtis (1903-1955)
Romana Rekłajtis, z domu Grzybowska (1908-2003)
Ludwika Grzybowska, z domu Brandt (1880-1964)
Tadeusz Zabokrzecki (1905-2000)

 

Willa „Julianówka” mieściła się w Świdrze przy ul. Górnej 2, tuż obok otwockiego getta. Wybudował ją Julian Grzybowski. Na terenie posesji znajdowały się poza tym dwa domy letniskowe.

Podczas wojny na stałe mieszkali w „Julianówce”: Ludwika Grzybowska, wdowa po Julianie; jej córka Romana z mężem Stanisławem Rekłajtisem i z dwiema córkami; oraz ojciec Stanisława, Jan Rekłajtis (w publikacjach spotykana jest też mylna pisownia nazwiska: Rekrajtis). Ponadto w domu tym przebywał także przyjaciel Stanisława, Tadeusz Zabokrzecki, działacz konspiracyjny ukrywający się przed gestapo. W domach letniskowych mieszkali natomiast lokatorzy.

Przed wojną pokoje od Ludwiki Grzybowskiej wynajmowała rodzina żydowskiego krawca z Warszawy Abrahama Blendowskiego. I oto w maju 1943 r., tuż po powstaniu w getcie warszawskim, zgłosiła się do pani Grzybowskiej córka Blendowskich, 23-letnia Edwarda, prosząc o pomoc dla siebie i swojej rodziny, która uciekła z getta warszawskiego i obecnie ukrywa się w zaroślach nad rzeką Świder. Byli to: rodzice Abraham i Regina oraz córki: Edwarda, Ita i Sabina.

Po krótkiej naradzie w rodzinie, przy współudziale Zabokrzeckiego, uzgodniono, że trzeba im pomóc, udzielając tymczasowego schronienia. Romana Rekłajtis tak to wspominała w relacji dla Żydowskiego Instytutu Historycznego spisanej w 1984 r.: „Początkowo schronili się u nas wszyscy, ale ukrywanie pięciu osób przez dłuższy okres w małym jednorodzinnym domu było zbyt ryzykowne i wprost niemożliwe, ponieważ na naszym placu znajdowały się jeszcze dwa większe domy mieszkalne i stróżówka zamieszkałe przez lokatorów – częściowo ludzi obcych, wścibskich i niepewnych”.

Wtedy Blendowscy podzielili się. 25-letnia Sabina i 18-letnia Ita, mające „dobry wygląd”, zajęły się sprzedażą pieczywa, aby zarobić na życie. Abraham kilka razy wracał do Rekłajtisów na dłuższy pobyt. Gdy Sabina i Ita były już w stanie wynająć mieszkanie w pobliskim Michalinie, sprowadziły do siebie rodziców. Według relacji Zabokrzeckiego, podczas nieobecności córek rodzice musieli tam „cicho siedzieć w piwnicy, bowiem w sąsiednim domu mieszkał bardzo niepewny dozorca, który interesował się, dlaczego mają zasłonki w oknie”. U Rekłajtisów przez cały czas wojny pozostała Edwarda Blendowska. Po wkroczeniu wojsk radzieckich pod koniec lipca 1944 r. Edwarda mieszkała u Rekłajtisów już jawnie, aż do oswobodzenia od Niemców lewobrzeżnej Warszawy w styczniu 1945 r.

Cała piątka Polaków doskonale zdawała sobie sprawę z zagrożenia. Tadeusz Zabokrzecki pisał w relacji dla ŻIH: „na linii otwockiej ustawicznie szalało gestapo, poszukując ukrywających się Żydów”. Romana Rekłajtis wspomina: „Nie byliśmy pewni dnia ani nocy wobec odbywających się dookoła częstych rewizji i łapanek w poszukiwaniu ukrywających się na linii otwockiej Żydów”.

Prawie cała rodzina Blendowskich przeżyła wojnę. Jedynie Regina nie doczekała wyzwolenia. Po wojnie Blendowscy mieszkali przez pewien czas w Wałbrzychu, a później wyemigrowali z Polski do Izraela, gdzie Abraham pracował w urzędzie celnym. Następnie córki wyszły za mąż i rozjechały się po świecie: Sabina (Grynberg) do USA, Ita (Goldberg) do Australii. Edwarda (Geminder) pozostała w Izraelu. Każda z nich miała po troje dzieci.

19 grudnia 1985 r. Instytut Yad Vashem uznał Jana, Stanisława i Romanę Rekłajtisów, Ludwikę Grzybowską oraz Tadeusza Zabokrzeckiego za Sprawiedliwych wśród Narodów Świata.

Rodziny Rekłajtisów i Blendowskich pozostają do dziś w kontakcie. Córka Romany i Stanisława, Agnieszka Zawada, pamięta, że w stanie wojennym pierwsza paczka z zagranicy, jaką otrzymała jej rodzina, pochodziła od Blendowskich.

Z pięciorga Sprawiedliwych najdłużej żyła Romana Rekłajtis – mieszkając w Falenicy przy ulicy Walcowniczej, przeżyła 95 lat. Tadeusz Zabokrzecki mieszkał w Warszawie. Jego słowa mogą być dobrym podsumowaniem tej historii: „Świadomość, że udział mój przyczynił się do ocalenia rodziny Blendowskich jest dla mnie największą satysfakcją, jakiej doznałem w moim życiu”.

 

Opracowanie: Zbigniew Nosowski
Społeczny Komitet Pamięci Żydów Otwockich i Karczewskich

 

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Jan Raczkowski (1914-1990)

21 sie

Ks. Jan Raczkowski był wikariuszem otwockiej parafii św. Wincentego à Paulo w czasie II wojny światowej, zarazem kapelanem Szarych Szeregów i Armii Krajowej. Bezpośrednio angażował się w niesienie pomocy Żydom.

Wedle wspomnień otwocczan ks. Raczkowski przechowywał Żydów u swoich najbliższych, przekonywał parafian o potrzebie ratowania żydowskich współobywateli, wspierał finansowo rodziny ukrywające Żydów, w razie zagrożenia wyszukiwał nowe miejsca ukrycia. Z ambony gromił szantażystów i szmalcowników. Jego kazania o tym, że nie wolno zabijać ludzi, pamięta m.in. Batia Cytryn (dziś: Batia Goldfarb, obywatelka Izraela), otwocka Żydówka, która wówczas udawała polską katolicką dziewczynę i chodziła do kościoła.

W książce „Dzieci Holocaustu mówią” przeczytać można charakterystyczne wspomnienie Joanny Kaltman, ukrywanej jako dziecko w Otwocku. Wspomina ona, jak jej katecheta, ks. Raczkowski, potajemnie wręczał jej fałszywe kartki od spowiedzi, które potem ona już oficjalnie przekazywała mu przy innych dzieciach, co dowodzić miało jej (udawanej) katolickości. Kaltman pisze tam również, że – jak się dowiedziała później – w tym samym czasie ks. Jan Raczkowski przechowywał na plebanii panią Różycką z synem, którzy uciekli z getta.

W zeznaniu złożonym w Instytucie Yad Vashem w Jerozolimie w 1964 r. uratowana w Otwocku Miriam Weczer Thau pisała: „Pragnę tu podkreślić, że stary proboszcz kościoła otwockiego i jego pomocnik ksiądz wikary (nazwisk nie pamiętam) uratowali życie wielu żydowskich dzieci, chrzcząc je i wydając im metryki kościelne”.

Ks. Jan Raczkowski otrzymał odznaczenie na wniosek mieszkającej w Izraelu, a urodzonej w Warszawie, Hanny Pinkert-Langer. Jej rodzina w czasie wojny mieszkała w otwockim getcie, lecz przeczuwając zbliżające się niebezpieczeństwo, postanowiła znaleźć bezpieczne schronienie po tzw. aryjskiej stronie. Pinkertowie i Wilnerowie – w sumie 5 osób – zwrócili się o pomoc do swoich sąsiadek mieszkających w Otwocku: Zofii Sydry i jej siostry Czesławy Dietrich.  Dzięki ich zaangażowaniu udało się znaleźć bezpieczne lokum u Antoniego Serafina, również otwocczanina. Serafin bezinteresownie ukrywał w swoim domu 10 żydowskich uciekinierów. W tym trudnym i śmiertelnie niebezpiecznym zadaniu wspierali go księża z otwockiej parafii św. Wincentego à Paulo: proboszcz ks. Ludwik Wolski (odznaczony przez Yad Vashem w 2008 r.) oraz wikary ks. Jan Raczkowski. Obaj kapłani byli organizatorami niesienia pomocy Żydom w miasteczku – wystawiali metryki chrztu i aranżowali miejsca ukrycia wśród swoich parafian.

 

Opracowanie: Zbigniew Nosowski
Społeczny Komitet Pamięci Żydów Otwockich i Karczewskich

 

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Helena Pawlikowska (1907-1999)

21 sie

Helena Pawlikowska wraz z mężem Aleksandrem byli dozorcami i opiekunami drewnianego domu letniskowego w Śródborowie, należącego do warszawskiej żydowskiej rodziny Lindnerów.

Przed wojną Lindnerowie prowadzili w Warszawie sklep z instrumentami muzycznymi. Młody Rafał Lindner ożenił się z Wandą Ber w getcie w maju 1942 r. W kwietniu 1943 r., gdy już dobiegało końca powstanie w getcie warszawskim, Wandzie i Rafałowi udało się uciec spośród płonących ruin. Mając fałszywe „aryjskie” dokumenty, pojechali do Środborowa, do domu rodziców Rafała. Tam skontaktowali się z Heleną Pawlikowską.

Nie pytając męża o zgodę, Pawlikowska ukryła Rafała i Wandę na poddaszu domku-dozorcówki, w którym mieszkała z mężem i pięcioma córkami. Lindnerowie spędzili tam 14 miesięcy, aż do wyparcia Niemców z tych terenów w lipcu 1944 r. Na tym niskim stryszku, gdzie nawet nie można było się wyprostować, przeżyli swoją pierwszą i drugą rocznicę ślubu. Wokół zakwaterowani byli niemieccy żołnierze.

Przez cały czas troszczyła się o nich Helena Pawlikowska. Dostarczała im jedzenie, koce i ciepłe ubrania. Co wieczór, gdy mąż i dzieci już położyli się spać, Helena przynosiła Lindnerom garnek zupy. Oni zaś spuszczali na dół wiadro, które służyło im za toaletę. Dla bezpieczeństwa w ogóle nie rozmawiali. Wanda Lindner – blondynka o niebieskich oczach, a więc osoba o „dobrym wyglądzie” – czasem wymykała się z ukrycia, by zdobywać, również w Warszawie, więcej pożywienia.

Po wojnie Lindnerowie zamieszkali w Łodzi, gdzie w 1946 roku urodził się ich syn Stefan. Wkrótce postanowili wyjechać do Australii. Tam urodził się ich drugi syn Benjamin.

Lindnerowie nie poszukiwali kontaktu z Pawlikowską. Jak po latach wyjaśniła Wanda, obawiali się, że jakiekolwiek listy czy paczki od Żydów z Australii mogłyby postawić ich wybawicielkę w trudnej sytuacji.

Dopiero po śmierci ojca, synowie Lindnerów postanowili głębiej zbadać rodzinną przeszłość. Ich matka już niewiele pamiętała. Gdy Stephen i Benjamin Lindnerowie w 1997 roku przyjechali do Polski, mieli w Śródborowie szukać strychu i pytać o panią „Olkową”, lecz nie wiedzieli, czy to nazwisko, czy imię. Mimo to udało im się odnaleźć, bardzo sędziwą już, Helenę Pawlikowską – żonę Aleksandra, czyli „Olkową”. Wyrazili jej głęboką wdzięczność za pomoc udzieloną rodzicom w godzinie największej potrzeby.

Natychmiast po powrocie do Australii bracia Lindnerowie przygotowali dokumenty potwierdzające heroiczny czyn Heleny Pawlikowskiej i przesłali je do Instytutu Yad Vashem. Wanda Lindner napisała w swoim świadectwie: „To właśnie Helenie zawdzięczamy nasze przetrwanie. Nasze dzieci i wnuki są żywym dowodem jej odwagi”.

27 listopada 1997 r. Instytut Yad Vashem uznał Helenę Pawlikowską za Sprawiedliwą wśród Narodów Świata. Wkrótce po przekazaniu medalu pani Helena zmarła.

Wzruszająca historia odnalezienia Heleny Pawlikowskiej została opisana przez braci Stephena i Benjamina Lindnerów w prawniczym piśmie australijskim „Bar News”. Później trafiła do szerszego grona czytelników anglojęzycznych – w roku 2000 można ją było przeczytać w wydanej w USA książce Saving the Jews: Amazing Stories of Men and Women who Defied the “Final Solution” napisanej przez Mordecaia Paldiela – wieloletniego dyrektora Departamentu Sprawiedliwych wśród Narodów Świata w jerozolimskim Instytucie Yad Vashem. Spośród kilkunastu tysięcy historii Paldiel wybrał 47 najbardziej poruszających. Znalazło się wśród nich miejsce dla skromnej kobiety ze Środborowa. W tytule tekstu o Pawlikowskiej Paldiel podkreślił wyjątkowy charakter „detektywistycznej pracy w celu odnalezienia osoby ratującej”. Historia ta została również przedstawiona w prasie australijskiej – zob. artykuł obok.

Rafał Lindner zmarł w roku 1982. Wanda Lindner żyje w Australii, ma obecnie już prawie 97 lat. Ich powojenne losy zostaną przedstawione w następnym numerze „Gazety Otwockiej”.

 

Opracowanie: Zbigniew Nosowski
Społeczny Komitet Pamięci Żydów Otwockich i Karczewskich

 

Bracia, którzy odnaleźli swoją historię

W czerwcu 1997 roku Stephen i Benjamin Lindnerowie z wielkimi nadziejami przyjechali do Środborowa. […] Co prawda, wiele domów było podobnych do ogólnego opisu, jaki dała ich matka, ale żadna z nazw ulic, jakie jej czytali przez telefon, niczego jej nie przypominała. […]

Pewien badacz z Żydowskiego Instytutu Historycznego zabrał ich do Otwocka. Po trzech godzinach spędzonych w archiwum wyszli, trzymając w ręku sporządzoną przez Niemców listę żydowskich domów, które mają być skonfiskowane. Jeden z nich należał do rodziny Lindnerów. Nie było numeru domu, ale była nawa ulicy – Aleksandra Fredry. […]

Ulica była długa. Ale warto było szukać. […] Przypadkowa rozmowa doprowadziła ich do starszej kobiety pod numerem 12. Tak, pamiętała nazwisko Lindner […], ale nic więcej nie potrafiła im powiedzieć. Nagle jeden z nich wymienił imię Aleksander – może to było imię gospodarza? „A tak!” – zawołała. Wstała i wyszła. Po pięciu minutach wróciła: “Oto ktoś, z kim musicie porozmawiać!”.

Po drugiej stronie ulicy stała siwowłosa kobieta z warczącym psem, ale też szerokim uśmiechem. Przedstawiła się jako Irena, córka tego gospodarza. A stali przed dawnym domem Lindnerów. […]

Na wersalce siedziała staruszka, Helena Pawlikowska, matka Ireny. […] Nie było momentu olśnienia jak w Hollywood, ale gdy opowiedziała im przez tłumacza co pamięta, bracia zrozumieli, że to jest właśnie kobieta, która uratowała życie ich rodziców. […]

A pewnego dnia, latem 1944 roku, zastukała w sufit i powiedziała: „Niemcy uciekli! Rosjanie są już w pobliżu. Jesteście bezpieczni”.

Bracia spytali staruszkę, dlaczego to robiła. Nic nie odpowiedziała. Pokazała tylko na ścianę, na której wisiał krzyż z rozpiętym na nim Jezusem. […]

Tego wieczoru zadzwonili do swojej matki w Melbourne. Stephen przystawił do telefonu dyktafon z nagranym głosem Heleny. „Powiedzcie jej: Niech żyje 100 lat!” – zareagowała Wanda. Oni na to: „Mamo, ona ma 91 lat”. “No to powiedzcie jej: Niech żyje 120 lat!”.

 

Fragmenty artykułu Jamesa Buttona zamieszczonego 1 listopada 2003 r. w „The Age”, gazecie codziennej wydawanej w Melbourne w Australii. Tłum. Zbigniew Nosowski 

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Zenobia Owczarowa z d. Zachorowa, Józefa Zychora

21 sie

Orensztajnowie mieszkali w Otwocku, gdzie prowadzili sklep tapicersko-dekoracyjny. Na przełomie listopada i grudnia, cała trzyosobowa rodzina musiała przenieść się do getta. Syn państwa Orensztajnów tak zapamiętał tę chwilę: „Niemcy pozwolili nam zabrać ze sobą tylko tyle, ile można unieść lub przewieźć na wózku. Ta przeprowadzka była dla rodziców bardzo smutną chwilą. Zostawiali mieszkanie, sklep, warsztat i towar, na które przecież latami tak ciężko pracowali i musieli oddać klucze  „administratorom”, którzy jak hieny od rana stali przy sklepie i zapewniali rodziców, że kiedy wrócą, to otrzymają wszystko z powrotem. Ale nikt w to nie wierzył”.

W przeddzień likwidacji otwockiego getta, ojciec Marka zabrał syna do obozu pracy pod Karczewem. Matka pozostała i podzieliła los otwockich Żydów, których następnego dnia Niemcy wysłali transportem kolejowym do obozu zagłady w Treblince.

Ojcu udało się zorganizować dla syna bezpieczny azyl w sierocińcu w okolicach Grójca. Trudnego zadania zawiezienia chłopca do sierocińca podjęła się młoda kobieta. Dopiero niemal po pół wieku Markowi udało się ją odnaleźć. Była to Zenobia Owczarowa, która w czasie wojny wraz z matką, Józefą, bezinteresownie pomagała Żydom.

Z całej rodziny przeżył jedynie Marek Orensztajn. Po wojnie wyemigrował do Izraela. Do Polski i do Otwocka powrócił dopiero w roku 1990. Odnalazł wówczas grób swojego ojca. Podczas ekshumacji podeszła do niego starsza kobieta: i „zapytała, czy jestem synem jednego z tych zabitych. Gdy potwierdziłem, wręczyła mi kartkę z nazwiskiem Zenobia Owczarowa i numerem telefonu we Wrocławiu, mówiąc, żebym koniecznie pod ten numer zadzwonił. Okazało się, że Zenobia Owczarowa to ta dziewczyna, która odwiozła mnie do sierocińca.

Nie namyślając się długo, wyruszyłem w drogę i nad ranem byłem we Wrocławiu. Nie mam słów, aby opisać to spotkanie. Zenia powiedziała mi, że jest córką tej kobiety z Nadbrzeża. Tam spotkał ją mój ojciec i poprosił o pomoc. Wiedziałem od ojca, że zgodziła się natychmiast i nie oczekiwała za to żadnej zapłaty. Chciałem zabrać ją do Izraela, ale  powiedziała, że jest ciężko chora na serce i nie może latać samolotem. Rok później zmarła, a z jej córką mamy kontakt do dziś”.

4 kwietnia 2016 r. odbyła się ceremonia wręczenia odznaczenia „Sprawiedliwi wśród Narodów Świata” Zenobii Owczarowej. Dyplom i medal odebrała jej córka.

Marek Orensztajn (obecnie Oren) odzyskał działkę, która należała do jego rodziny. Wybudował na niej kilka budynków wśród których jest również mały domek, do którego często przyjeżdża. „W ten sposób historia rodziny Orensztajnów w Otwocku zatoczyła koło”.

 

Opracowanie: Zbigniew Nosowski
Społeczny Komitet Pamięci Żydów Otwockich i Karczewskich

 

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Henryka Obermiller, z domu Zawadewicz (1905-1995)

21 sie

Dzięki wysiłkom i olbrzymiemu zaangażowaniu Henryki Obermiller ocalało pięcioro Żydów. Każda z historii zasługiwałaby na oddzielne omówienie.

Adama i Genię Goldbergów Henryka poznała w roku 1940 w Radomiu, gdzie jej mąż był kierownikiem fabryki. Latem 1942 roku, kiedy Niemcy rozpoczęli akcję likwidacyjną wobec Żydów w powiecie radomskim, Obermiller zaoferowała Goldbergom pomoc. Dała im swój adres w Warszawie, przy ul. Szczęśliwickiej, gdzie mieszkała z małą córką, Zosią (w najbliższej rodzinie posługiwano się jej drugim imieniem: Iwonka). Mąż, Herman Obermiller, był zaangażowany w działalność podziemną i ze względów bezpieczeństwa mieszkał poza domem.

Goldbergowie uciekli z getta radomskiego prosto do mieszkania Henryki Obermiller. Tam czekały już na nich „aryjskie papiery”. Najpierw zamieszkali u swej dobrodziejki, potem u jej znajomych przy Filtrowej. Latem 1944 roku, w przededniu Powstania, Henryka Obermiller zabrała jednak Goldbergów z Warszawy i znalazła dla nich schronienie w Zbójnej Górze, na linii otwockiej. Również w nowej kryjówce Henryka Obermiller kontynuowała opiekę nad Goldbergami i, nie zważając na grożące jej niebezpieczeństwa, często ich odwiedzała. Dbała o wszystkie ich potrzeby, nigdy nie prosząc o nic w zamian. Dostarczała im również pieniądze pochodzące z dochodów ich przedsiębiorstwa w Radomiu.

W tym samym czasie Henryka Obermiller opiekowała się również uciekinierkami z getta: nauczycielką Florentyną Lewicką i jej sędziwą matką Karoliną. Lewicka otrzymała dokumenty na nazwisko Elżbiety Rybak. Obermiller umieściła obie kobiety najpierw u znajomych w Warszawie, a następnie w Zielonce pod Warszawą, oddając im do dyspozycji własne letnie mieszkanie. Przez cały czas pobytu pomagała im finansowo.

Najbliższe więzi połączyły Obermillerów z Michałem Frydmanem, zwanym Kajtkiem. W chwili rozpoczęcia wojny liczył on około dwóch lat. Był wnukiem Salomona Wienera, wspólnika Hermana Obermillera sprzed wojny. Jak wspomina Henryka Obermiller w oświadczeniu dla Żydowskiego Instytutu Historycznego, „rodzice Michała mieszkali w Anglii. W 1939 r. dziecko z matką Gutą Frydman (z domu Wiener) przyjechali do Polski na wakacje […]. Tu zastał ich wybuch wojny i w okresie tworzenia getta w Warszawie wszyscy zostali tam umieszczeni”.

Henryka Obermiller utrzymywała kontakty z Wienerem i jego córką. Przekazywała im pieniądze i żywność. Spotykali się na terenie sądów, dokąd prowadziły dwa wejścia: jedno do strony aryjskiej, drugie od strony getta. W poczuciu zagrożenia Wiener poprosił o zabranie wnuka z getta. „Dziecko wyprowadziłam przez gmach sądu, podając, że jest moim synem” – pisze spokojnie Henryka Obermiller. „Gutę Frydman miałam również wyprowadzić poza getto, ale nie zdążyłam, bowiem wybuchło powstanie”.

Michał zamieszkał z Henryką Obermiller, wychowując się razem z jej córką. Gdy we wrześniu 1943 r. rodzina była na letnisku, gestapo przeprowadziło rewizję w ich warszawskim mieszkaniu. „Celem było poszukiwanie przechowywanych Żydów. W związku z tym nie mogłam wrócić z Michałem do domu”. Wtedy Henryka wysłała Michała do znajomych, płacąc im za opiekę nad nim. Aby ukryć żydowskie pochodzenie chłopca, zleciła zabieg ukrywający jego obrzezanie, za który zapłaciła. Po operacji zabrała go do letniego domu w Zielonce pod Warszawą, gdzie już mieszkały panie Lewickie.

Henryka Obermiller podkreślała, że jej mąż Herman „wiedział o mojej pomocy dla rodzin żydowskich, dawał mi na ten cel pieniądze i udzielał potrzebnych wskazówek”.

Po wojnie Florentyna Lewicka osiadła w Kaliszu. Wcześniej odnalazła panią Obermiller poprzez ogłoszenie prasowe. W 1946 roku przez Polski Czerwony Krzyż i ambasadę brytyjską Henryka odnalazła w Anglii ojca Michała Frydmana, dzięki czemu chłopiec dołączył do niego cały i zdrowy. Goldbergowie wyemigrowali do Izraela,

W roku 1952 państwo Obermillerowie zamieszkali w Otwocku. Pani Henryka pozostawała w bliskim kontakcie z Goldbergami. W styczniu 1954 r. Genia Goldberg pisała do niej w liście: „Chcemy, abyście wiedzieli, że uczynki Wasze, dzięki którym żyjemy jeszcze na padole ziemskim, nie tylko że nie zblakły z czasem, ale wprost przeciwnie – pozostają równie świeże”.

Urwał się natomiast kontakt z Michałem Frydmanem. Udało się go nawiązać dopiero córce pani Henryki, w roku 1998, już po śmierci matki. Jej towarzysz z dzieciństwa mieszkał w Birmingham w Anglii. Do dziś Michał utrzymuje kontakty z Zofią i Jerzym Przeździakami – córką i zięciem Henryki Obermiller (Jerzy Przeździak był w latach 1990-1994 przewodniczącym Rady Miasta Otwocka – pierwszej Rady pochodzącej z demokratycznych wyborów po upadku komunizmu).

18 lutego 1981 r. Instytut Yad Vashem uznał Henrykę Obermiller za Sprawiedliwą wśród Narodów Świata. Medal, który otrzymała, został przez państwa Przeździaków przekazany jako depozyt do ekspozycji w Muzeum Ziemi Otwockiej.

 

Opracowanie: Zbigniew Nosowski
Społeczny Komitet Pamięci Żydów Otwockich i Karczewskich

 

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Bronisław Marchlewicz (1899-1972)

21 sie

Porucznik Bronisław Marchlewicz był od 1937 r. kierownikiem komisariatu policji w Otwocku. Wcześniej brał udział w I wojnie światowej i w wojnie polsko-sowieckiej. Podczas II wojny, służąc w policji państwowej, był jednocześnie uczestnikiem antyhitlerowskiego ruchu oporu – m.in. jako oficer Armii Krajowej, ps. „Śmiały”. Z narażeniem życia własnego i bliskich wielokrotnie występował w obronie zniewolonej ludności Otwocka – zarówno Polaków, jak i Żydów. Uratował wiele osób przed aresztowaniem, wywiezieniem do obozów koncentracyjnych i innymi prześladowaniami. Ochraniał tajne nauczanie w Otwocku, ostrzegał znajomych i nieznajomych o mogących im grozić niebezpieczeństwach.

O nadanie Bronisławowi Marchlewiczowi medalu Sprawiedliwego wnioskowały: uratowana dzięki jego pomocy Marysia Osowiecka (dziś: Michele Donnet, obywatelka Francji) i jej starsza kuzynka, córka przedwojennych sąsiadów rodziny Marchlewiczów, Hanna Kamińska-Goldfeld.

Przez długie lata Michele Donnet nie znała szczegółów swego ocalenia. Dopiero po wielu latach dowiedziała się, że w sierpniu 1942 r. jej matka – żydowska nauczycielka, Anna Osowiecka – zostawiła ją na otwockiej ulicy z nadzieją, że ktoś ją ocali. Przechodzień zaprowadził dziewczynkę do komisariatu polskiej policji, którego kierownikiem był Bronisław Marchlewicz. Ten przekazał 5-letnię Marysię swej sąsiadce Aleksandrze Szpakowskiej, która ukrywała ją do czasu, aż ks. Ludwik Wolski wystawił małej Żydówce fałszywą metrykę chrztu na nazwisko Halina Brzoza. Wtedy dziewczynka została umieszczona w sierocińcu sióstr elżbietanek w Otwocku. Po wojnie wraz ze starszą kuzynką, Hanią, wyjechała do Francji.

Istnieją świadectwa, że porucznik Marchlewicz pomagał też innym Żydom. Rozkazał wypuścić grupę schwytanych w obławie. Udaremniał donosy szmalcowników. Ostrzegał osoby przechowujące Żydów. Był prawym człowiekiem w nieludzkich czasach. Maks Noj, otwocki Żyd, który przekazał swą córkę pod opiekę sióstr elżbietanek, wspomina w książce Ewy Kurek Dzieci żydowskie w klasztorach: „O fakcie podrzucenia dziecka do klasztoru poinformowany był komisarz granatowej policji w Otwocku, mój znajomy. Obiecał mi, że w razie jakiejś wpadki, w czasie której dziecko trafiłoby na posterunek policji, zadzwoni do mieszkającego obok inżyniera Szpakowskiego i wtedy jego żona zaopiekuje się dzieckiem jako swoim czy swojej kuzynki”.

Po wojnie Marchlewicz został najpierw awansowany do stopnia majora. Później jednak rozpoczęło się „oczyszczanie szeregów” Milicji Obywatelskiej z „niewłaściwych” osób. Postawiono go w 1948 r. przed komisją weryfikacyjną. Wówczas Miejska Rada Narodowa w Otwocku odbyła specjalną naradę i w uchwale stwierdziła, że komendant Marchlewicz „był zawsze lojalny w stosunku do Polski Podziemnej i zawsze postępował jak przystało na prawego Polaka”. W trakcie dyskusji poprzedzającej przyjęcie uchwały radny Izaak Cynamon wspominał, jak „ob. Marchlewicz Bronisław zwalniał Żydów, przyprowadzanych do Komisariatu” i – w przeciwieństwie do innych funkcjonariuszy – nie stosował sankcji wobec Żydów przekraczających granice getta. Przewodniczący Rady Józef Korcz stwierdził zaś, że otrzymał od Marchlewicza „przepustkę nocną, która ułatwiła mu pracę konspiracyjną”. Słyszał również „od kilku osób po likwidacji getta, iż ob. Marchlewicz Bronisław otrzymał polecenie, aby wydał rozkaz strzelania do Żydów, uciekających z getta i podobno rozkazu takiego nie wydał”.

Bronisław Marchlewicz został wtedy zweryfikowany pozytywnie. Wkrótce jednak władze komunistyczne zmieniły decyzję. W roku 1949 Marchlewicza aresztowano pod zarzutami uczestnictwa w „faszyzacji życia państwowego w Polsce” w latach 1927-1937. Mieszkańcy Otwocka zebrali wówczas kilka tysięcy podpisów pod apelem o uwolnienie go z więzienia. Zgromadzono kilkadziesiąt pisemnych oświadczeń jednoznacznie potwierdzających prawość komendanta i szczegółowo opisujących jego dobre czyny. Mimo to został skazany na 6 lat więzienia z pozbawieniem praw publicznych i obywatelskich praw honorowych.

W 1950 r. Sąd Najwyższy w procesie rewizyjnym zmniejszył karę. W uzasadnieniu wzięto pod uwagę zachowanie Marchlewicza w czasie okupacji, „które było godne podziwu i stało na pograniczu bohaterstwa [...] oskarżony z narażeniem życia ratował przed okupantem polską ludność bez względu na jej przekonania polityczne i narodowość”.

Po wyjściu z więzienia w roku 1950 aż do roku 1958 Bronisław Marchlewicz widniał jednak nadal w rejestrze skazanych jako osoba pozbawiona praw publicznych. Utracił uprawnienia emerytalne. Żył na granicy ubóstwa. Długo nie mógł znaleźć pracy, a gdy już ją znalazł, szybko ją tracił – zwalniano go pod pretekstem reorganizacji. Wreszcie został kierownikiem administracyjnym w otwockim szpitalu miejskim.

Warto jeszcze wspomnieć, że pochwalne opinie wobec Bronisława Marchlewicza wygłasza także Celek Perechodnik, żydowski policjant w otwockim getcie, tak wysoce krytyczny wobec wszystkich – i Niemców, i Polaków, i Żydów. W swoich wspomnieniach wydanych pod tytułem Spowiedź pisał: „gwoli sprawiedliwości, muszę wyłączyć poza nawias policji osobę Marchlewicza, komendanta komisariatu otwockiego. Nie mogę mu zarzucić, że żył podczas wojny z getta, granic którego nigdy prawie nie przekroczył ani przed akcją, ani też po akcji. Jestem święcie przekonany, że w mieszkaniu jego nie znajdzie się ani jedna rzecz żydowska”.

Hanna Kamińska-Goldfeld wyznała po latach, że dla niej – Żydówki ukrywającej się w Warszawie po „aryjskiej” stronie – „granatowy policjant” był ostatnią osobą, do której zwróciłaby się o pomoc. A jednak to dzięki jej zaangażowaniu, po wnikliwej analizie, 21 listopada 2004 r., Instytut Yad Vashem uznał Bronisława Marchlewicza za Sprawiedliwego wśród Narodów Świata.

Wręczenie medalu Sprawiedliwego odbyło się 24 lipca 2005 r. w Teatrze Żydowskim w Warszawie, w dniu święta policji. W imieniu komendanta Marchlewicza medal odebrał jego syn, emerytowany dziennikarz Zbigniew Marchlewicz, ogromnie zaangażowany w upamiętnianie osoby swego ojca. Komendant główny policji, gen. Leszek Szreder, powiedział podczas uroczystości: „Jesteśmy dumni, że Bronisław Marchlewicz był jednym z nas”.

Cztery lata później, w dniu Święta Niepodległości, 11 listopada 2009 r., prezydent RP Lech Kaczyński odznaczył pośmiertnie Bronisława Marchlewicza Krzyżem Komandorskim z Gwiazdą Orderu Odrodzenia Polski „za bohaterską postawę i niezwykłą odwagę wykazaną w ratowaniu życia Żydom podczas II wojny światowej, za wybitne zasługi w obronie godności człowieczeństwa i praw ludzkich”.

 

Opracowanie: Zbigniew Nosowski
Społeczny Komitet Pamięci Żydów Otwockich i Karczewskich

 

Oświadczenie Eugenii Kokoszko w obronie Bronisława Marchlewicza

Ja, niżej podpisana, Eugenia Kokoszko-Kosowska, zam. w Otwocku, ul. Kościuszki 1, niniejszym stwierdzam, że ob. Marchlewicz Bronisław, były komendant policji w Otwocku za czasów okupacji niemieckiej, dobrze się przysłużył w obronie ludności miejscowej żydowskiej przed okupantem niemieckim.

Po wstąpieniu okupanta do Otwocka obronił matkę moją Zofię Ajzensztadt przed szantażem i gwałtem ze strony osób współpracujących z okupantem. Kilkakrotnie wystąpił w obronie mojej przed Dietzem – znanym hitlerowskim zbirem. Przechowywał, ryzykując własnym życiem i rodziny swojej, dziecko żydowskie, Marysię Osowiecką, która żyje do dziś dnia. Aresztowaną koleżankę córki mojej, Krystynę Chłond, posądzaną o utrzymywanie kontaktów Żydami (w tej liczbie z nami), uratował z rąk gestapowca Lüppschaua. Był wyjątkowo uczciwy i nigdy nie wykorzystywał swego stanowiska w stosunku do ludności żydowskiej.

W czasie likwidacji getta w Otwocku, 19 sierpnia 1942 r., nie tylko nie brał w tym udziału, jak to czynili inni przedstawiciele policji granatowej, lecz powstrzymywał swych podwładnych od rabunku.

Te i inne tego rodzaju posunięcia świadczą o wysoce obywatelskiej postawie ob. Marchlewicza, który przebywał na tak wysuniętej i niebezpiecznej dla niego placówce.

 

Eugenia Kokoszko
mgr prawa
Otwock, 23 stycznia 1949 r.
[poprawiono pisownię nazwisk niemieckich]

 

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Ludwika Małkiewicz, Gertruda Marciniak

21 sie

 

Siostra Ludwika Małkiewicz (1914-1996)
Siostra Gertruda Marciniak (1898-1962)

 

W otwockim domu dziecka prowadzonym przez siostry elżbietanki uratowało się co najmniej siedmioro dzieci żydowskich, a wiadomo, że było ich więcej. Dwie zasłużone zakonnice otrzymały tytuły Sprawiedliwych wśród Narodów Świata.

Siostry elżbietanki pojawiły się na terenie Otwocka podczas wojny, w roku 1940. Niemcy nakazali im wówczas opuścić dom w Grabiu pod Toruniem, w którym umieszczono młodzież z Hitlerjugend. Wśród zakonnic, które tu przyjechały, były dwie, które nieco później szczególnie zaangażowały się w akcję ratowania dzieci żydowskich: przełożona domu s. Gertruda Marciniak oraz s. Ludwika Małkiewicz. Czasem nazywane są „matkami otwockiego getta”.

Stanisława Marciniak wstąpiła do Zgromadzenia Sióstr św. Elżbiety po maturze. Przyjęła imię zakonne Gertruda. Otrzymała wykształcenie pedagogiczne. Pracowała w Grabiu, gdzie elżbietanki prowadziły dom dziecka dla sierot i dzieci bezdomnych. Wkrótce została też kierowniczką państwowej szkoły w Grabiu.

Wśród młodych sióstr, którymi kierowała matka Gertruda, była Halina Małkiewicz. Wstąpiła do elżbietanek, mając 16 lat. Przyjęła imię zakonne Ludwika. W zgromadzeniu ukończyła kursy katechetyczny i wychowawczy, a także seminarium nauczycielskie zakończone dyplomem. Po złożonych pierwszych ślubach została skierowana do Grabia.

Po wybuchu II wojny światowej s. Gertruda została are­sztowana przez Niemców. Po zwolnieniu z aresztu, w październiku 1940 r., musiała organizować przeprowadzkę wszystkich sióstr i dzieci do Warszawy, a następnie do Świdra. Siostry najpierw zamieszkały tu przy bezhabitowym Instytucie Terezjańskim (ul. Mickiewicza 1). Wkrótce przydzielono elzbietankom stojący obok pożydowski pensjonat; pusty – gdyż Niemcy właśnie utworzyli getto w Otwocku, zmuszając mieszkańców do porzucania swych domów. Siostra Gertruda zorga­nizowała tu dom dziecka, a w pobliżu także dom dla dziewcząt chorych na gru­źlicę. Chwilowe schronienie znajdowały tam również łączniczki AK i inne osoby związane z antyhitlerowskim ruchem oporu.

S. Ludwika Małkiewicz odnalazła w getcie właściciela pensjonatu, Józefa Kapłona. „Uznałyśmy, że skoro użytkujemy jego własność, należy przynajmniej zainteresować się, czy w getcie nie cierpi głodu. […] Tak rozpoczęła się moja znajomość z Żydami” – opowiadała s. Ludwika Ewie Kurek, autorce książki Dzieci żydowskie w klasztorach.

Siostra Ludwika coraz częściej pojawiała się w getcie. Wchodziła „zawsze pod kolczastymi drutami, bo wejścia od naszej strony, od Świdra, nie było”. Wkrótce zdobyła zaufanie Żydów. „Do tego stopnia – jak sama potem opowiadała – że oddawali mi na przechowanie swoje oszczędności, a potrzebując pieniędzy, w nocy po nie przychodzili. Wtedy zaczęłam chodzić do getta także w sobotę, zaraz po lekcjach szkolnych, żeby zobaczyć, jak Żydzi się modlą i jak obchodzą szabat. Tak zaczęła się moja bliższa znajomość z Żydami i doszło do pomocy Żydom dorosłym i ich dzieciom”.

Później siostry trafiły do kolejnego pożydowskiego budynku – umieszczono je później w Otwocku przy ul. Świderskiej 50 (dzisiejszy adres: Kołłątaja 13), na terenie dawnego żydowskiego sanatorium „Marpe”. Tu właśnie schronienie znalazły liczne dzieci żydowskie.

Aktem odwagi ze strony s. Gertrudy Marciniak jako przełożonej było przyjęcie pod dach Zakładu Wychowawczego „Promyk” licznej grupy dzieci z rodzin żydow­skich z Otwocka i okolic. Bezpośrednio dziećmi żydowskimi opiekowała się s. Ludwika Małkiewicz. Ta ostatnia podkreśla: „sama decyzja pomocy należała całkowicie do przełożonej domu siostry Gertrudy Marciniak. Ja wykonywałam jedynie jej polecenia. Siostra zawsze jednak zaznaczała, że mogę odmówić, bo ze względu na niebezpieczeństwo utraty życia decyzja należy do mnie”.

Dom elżbietanek stał się miejscem ocalenia dla nieznanej liczby osób. Najbardziej zaangażowana s. Ludwika zapamiętała nazwiska zaledwie kilkorga dzieci. Ze względów konspiracyjnych siostry nie prowadziły oddzielnej ewidencji dzieci żydowskich, lecz włączały je do rejestru ogólnego. Jak wyjaśnia elżbietanka, s. Krystyna Sztylc: „Zapisy w księgach meldunkowych, dotyczące dzieci żydowskich, które w czasie wojny nosiły polskie imiona i nazwiska, nie różnią się niczym od zapisów dotyczących polskich dzieci”.

W domowej książce meldunkowej z lat wojny znaleźć można m.in. Halinkę Brzozę (to w rzeczywistości Marysia Osowiecka), Tereskę Wysocką (to Rut Noj), Wojciecha Płochockiego (Daniel Landsberg). Dzieci te miały fikcyjne metryki urodzenia wydane przez proboszcza otwockiej parafii, ks. Ludwika Wolskiego. We wspomnieniach sióstr przewijają się także takie dzieci żydowskie, jak Alfred Karol Leopold Blicksilber (trafił do elżbietanek już w roku 1941, gdy miał 7 lat), Salome Rybak, Anita Szapiro i Jurek Adin.

Dzieci żydowskie były przyjmowane do sierocińca albo na prośbę ukrywających się rodziców, albo były tu kierowane przez panią Adamowicz z wydziału opieki społecznej miasta Warszawy. Według relacji siostry Ludwiki, elżbietanki nie chrzciły żydowskich dzieci, chyba że wcześniej zdecydowali o tym ich rodzice. Kościelne metryki najczęściej były fałszywe.

W pamięci sióstr zachowały się słowa, które wypowiedziała matka Gertruda, kiedy przyprowadzono do niej maleńką Rutkę: „Jeżeli dziecko do mnie przyszło, to co będzie ze mną – będzie i z dzieckiem”. Siostra Ludwika wspomina, że u elżbietanek „przebywała także jedna dorosła Żydówka i jeden dorosły Żyd”.

Siostra Ludwika Małkiewicz otrzymała medal Sprawiedliwej dzięki świadectwu rodziny Nojów, mieszkającej po wojnie w USA. Rajzla Noj z Otwocka urodziła swoją córkę Rut we wrześniu 1939 roku. Po likwidacji otwockiego getta matka z córką ukrywały się poza miastem. Maks Noj, pracujący jako stróż w składzie rzeczy pożydowskich, porozumiał się z s. Ludwiką (znali się z jej wizyt w getcie) i w listopadzie 1942 r. wspólnie upozorowali podrzucenie dziecka do sierocińca. Dziewczynka była zaopatrzona w list do sióstr i fałszywą metrykę wystawioną przez ks. Wolskiego na nazwisko Teresa Wysocka. Mała Rut pozostała tam około dwóch lat. Jej rodzice zaś ukrywali się w Warszawie na Pradze.

Wspomnienia Maksa Noja udzielone Ewie Kurek (do książki Dzieci żydowskie w klasztorach) wiele mówią o współpracy elżbietanek z innymi otwockimi Sprawiedliwymi, Zbigniewem Marchlewiczem i Aleksandrą Szpakowską: „O fakcie podrzucenia dziecka do klasztoru poinformowany był komisarz granatowej policji w Otwocku, mój znajomy. Obiecał mi, że w razie jakiejś wpadki, w czasie której dziecko trafiłoby na posterunek policji, zadzwoni do mieszkającego obok inżyniera Szpakowskiego i wtedy jego żona zaopiekuje się dzieckiem jako swoim czy swojej kuzynki”.

Gdy w roku 1944 front zbliżał się do Warszawy, s. Ludwika Małkiewicz dała znać Nojom, że Niemcy wysiedlają sierocińce na Zachód i nie wiadomo co będzie z otwockim domem. Wtedy rodzice wysłali łączniczkę, która przyprowadziła do nich ich córkę. Dla bezpieczeństwa – jak wspomina Maks Noj w książce Ewy Kurek – jego żona udawała ciocię Marysię. „Czasem pytała małą, czy chciałaby, aby była jej mamą. Córka odpowiadała wówczas, że nie, bo ma swoją mamusię, która jest u Niemców. Tak była nauczona w klasztorze zgodnie z wersją ułożoną przy podrzuceniu”.

Po wojnie Nojowie wyemigrowali do USA, ale pozostawali w kontakcie z zakonnicami. W liście do s. Ludwiki Rajzla Noj napisała m.in.: „Bliska jest siostra memu sercu jak siostra rodzona, bo któż inny dał nam tyle dowodów poświęcenia, wyrozumienia naszej doli i ludzkich uczuć?” Wspominała chwilę, gdy po wojnie Nojowie chcieli podziękować siostrom za uratowanie córki, zostawiając pieniądze. Siostra Małkiewicz odpowiedziała: „Niech pani zatrzyma te pieniądze, gdyż Niemcy wszystko wam zabrali. Ale kiedykolwiek ktoś w życiu potrzebował będzie pomocy, niech pani mu pomoże”. Myśląc o tych słowach, Rose (Rajzla) Noy pisze: „Starałam się pomóc, gdzie tylko mogłam, a jak ludzie dziękowali mi, to opowiadałam historię uczynku i przykazanie Siostry Ludwiki”. Rut Noj mieszka od lat w Nowym Jorku (jako Ruth Rintel). Jest rzeźbiarką i malarką (zob. 4 strona okładki niniejszej publikacji). Więcej o losach jej i jej rodziców – w następnym numerze „Gazety Otwockiej”.

14 grudnia 1981 r. Instytut Yad Vashem uznał siostrę Ludwikę Małkiewicz za Sprawiedliwą wśród Narodów Świata. Wkrótce Nojowie zaprosili siostrę Ludwikę na ceremonię do Izraela. Ze względu na stan wojenny wprowadzony w Polsce przez władze komunistyczne nie było to łatwe, ale ostatecznie się udało. Ceremonia odbyła się w Jerozolimie w siedzibie Instytutu Yad Vashem.

Powojenne losy s. Małkiewicz to szlak jej służby zakonnej. Najpierw wróciła z dziećmi do Grabia. Potem pracowała w Grudziądzu jako katechetka i kierownik domu dziecka. Następnie w Nysie pomagała w formowaniu nowicjuszek zakonnych. Ponownie trafiła do Grabia i ponownie do Grudziądza, gdzie była przełożoną domu. Następnie pracowała w Skórczu, a w latach 1970-1976 była wikarią i sekretarką prowincji swego zgromadzenia. Po zakończeniu kadencji wróciła do Skórcza, gdzie przez ponad 10 lat była przełożoną domu. Następnie aż do śmierci przebywała w Gdańsku – Oliwie.

Wraz z s. Ludwiką tytuł Sprawiedliwej otrzymały: Władysława Cygler, w której warszawskim domu ukrywali się Nojowie oraz Krystyna Bykowska, w dokumentach Yad Vashem mylnie przedstawiana jako zakonnica. Bykowskiej w niektórych publikacjach przypisuje się nawet funkcję przełożonej otwockiego klasztoru podczas wojny. Wiadomo jednak, że Krystyna Bykowska nie była zakonnicą, gdyż jej nazwisko nie widnieje w archiwach sióstr elżbietanek.

Długo niejasne pozostawało, kim w takim razie była Krystyna Bykowska. Niedawno udało się nawiązać bezpośredni kontakt z Ruth Rintel. Po sprawdzeniu dostępnych jej dokumentów stwierdziła, że Krystyna Bykowska była córką Władysławy Cygler, która podczas wojny udzieliła schronienia rodzicom małej Rut. Tym samym zagadka znalazła rozwiązanie. Zapewne nadal tu i ówdzie będzie się jeszcze pojawiała informacja, że Bykowska to trzecia otwocka Sprawiedliwa elżbietanka. Wiemy już jednak ponad wszelką wątpliwość, że to nieprawda.

O przyznanie medalu s. Gertrudzie Marciniak wnioskował Dan Landsberg, od 1965 r. zamieszkały w Izraelu. Urodził się w roku 1939. Mieszkający w Otwocku rodzice oddali go do sióstr już w roku 1941. Otrzymał fałszywą metrykę na nazwisko Wojciech Płochocki. Dwadzieścia lat później, na pogrzeb matki Gertrudy przywiózł olbrzymi wieniec z czerwonych goździków.

Dopiero po długim czasie Landsberg zorientował się, że tytuł Sprawiedliwych wśród Narodów Świata może być przyznany pośmiertnie. Wystąpił więc o jego nadanie przełożonej otwockich elżbietanek, która uratowała mu życie całkowicie dosłownie. We wspomnieniach s. Ludwiki Małkiewicz w książce Ewy Kurek jest piękna opowieść o mądrości i bohaterstwie matki Gertrudy. Któregoś dnia niemieccy żołnierze dostrzegli małego chłopca wyglądającego przez okno sierocińca. „Pełni nienawiści i złości wpadli do naszej kuchni i krzyczeli, że przechowujemy Żydów. Mały Daniel-Wojciech nic z tego nie rozumiał, ale na widok ich rozzłoszczonych twarzy zaczął panicznie krzyczeć i płakać. Szukając ratunku, pobiegłam po siostrę przełożoną, która doskonale mówiła po niemiecku. Siostra przełożona weszła spokojna i uśmiechnięta do kuchni. – Ależ panowie, cóż wy sobie w ogóle wyobrażacie? W naszym klasztorze Żydów szukać?! – zaczęła od progu. Mały Daniel podbiegł do niej i zaczął się tulić. Siostra przełożona wzięła chłopca na ręce i zaczęła mówić do niego po polsku, tłumacząc wszystko na niemiecki. – Wojtusiu, ty masz być Żydem?! Ależ to ubaw! Nie płacz, popatrz jak panowie są ładnie ubrani, a jacy są dobrzy i też bardzo kochają dzieci – mówiła. Chłopczyk, płacząc jeszcze, wyciągnął rączki do jednego z Niemców, aby chwycić go za szyję. Niemcy zaniemówili. […] A przecież tak łatwo można było sprawdzić… Mały Izraelita był przecież obrzezany”.

Po ponad 70 latach Dan Landsberg tak skomentował to wydarzenie: „Takie były te nasze okupacyjne mamy, które ukrywając żydowskie dzieci, każdego dnia dawały nam życie…”. Więcej o dalszym życiu Dana Landsberga – w następnym numerze „Gazety Otwockiej”.

22 lipca 2007 r., Instytut Yad Vashem uznał pośmiertnie s. Gertrudę Marciniak za Sprawiedliwą wśród Narodów Świata. Wręczenie medalu odbyło się 28 stycznia 2008 r. w Otwocku w klasztorze sióstr elżbietanek. Medal odebrała siostrzenica m. Gertrudy, dr Wiesława Witczak, mieszkanka Otwocka, po czym przekazała go do klasztoru na ręce siostry przełożonej.

 

Opracowanie: Zbigniew Nosowski
Społeczny Komitet Pamięci Żydów Otwockich i Karczewskich

 

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Kazimierz Majek, Julianna Majek, Danuta Przybylska, z d. Majek

21 sie

 

Kazimierz Majek (1927-2008)
Julianna Majek (1889-1969)
Danuta Przybylska, z domu Majek (1920-2002)

 

Wdowa Julianna Majek mieszkała przy rynku w Łaskarzewie z dziećmi Kazimierzem i Danutą (Longiną). Ich dom został spalony podczas działań wojennych. Zamieszkali w dawnej małej oborze przystosowanej do ich potrzeb.

W październiku 1942 roku do ich drzwi zapukała około 50-letnia Rozalia Nejman, która uciekła z pociągu wiozącego Żydów do Treblinki. Poprosiła swoją dobrą znajomą Juliannę o pomoc i schronienie. Kobiety znały się, gdyż przed wojną przez kilka lat Nejmanowie byli lokatorami Julianny. Majkowa przygotowała dla Rozalii kryjówkę, zapewniła jedzenie i wszystko, co niezbędne dla życia. „Początkowo miało to być na parę dni i że «coś tam się wymyśli»” – wspominali po latach w oświadczeniu dla Żydowskiego Instytutu Historycznego Kazimierz i Danuta Majkowie. Parę dni rozrosło się do 13 miesięcy…

Obecność Rozalii niosła ze sobą zagrożenie, ale też korzyści. Dzieci Julianny wspominają: „matka nasza zajmowała się sprzedażą wypiekanych bułek, których produkcja podwoiła się przy pomocy p. Nejman”. Stale zamknięte drzwi domu Majków „nasuwały jednak różne przypuszczenia”. Pierwszy donos pojawił się pod koniec września 1943 r. Znajomy policjant zniszczył donos, ale poinformował o nim Juliannę. Wkrótce jednak pojawił się kolejny donos – już nie do granatowej policji, lecz do oddziału niemieckiej Schutzpolizei. W listopadzie trzech Niemców przeprowadziło dokładną rewizję w domu Majków. „Przewrócili wszystko do góry nogami, ale na nic nie natrafili” – wspomina Kazimierz Majek, jako jedyny z rodziny obecny wówczas w domu. W trakcie rewizji Rozalia ukrywała się pod podwójnym łóżkiem i, o dziwo, nie znalazł jej nawet specjalnie szkolony pies.

Trzeba było jednak znaleźć inne rozwiązanie, gdyż znajomy polski policjant ostrzegł, że ze względu na wiarygodne donosy rewizje będą się powtarzać. Zapadła decyzja, że w ciągu dnia Żydówka będzie przebywać poza domem Majków. Niestety, już pierwszego dnia nie wróciła na noc. Została aresztowana na terenie innej posesji w Łaskarzewie. Zakończyła życie w męczarniach, lecz nikogo nie wydała. Kazimierz i Danuta z bólem notowali 47 lat później: „Te 13 miesięcy pobytu u nas – w ciągu jednego popołudnia zostało zaprzepaszczone”.

Dwa dni później Niemcy zatrzymali Juliannę i Kazimierza Majków.  Oboje zostali dotkliwie pobici podczas przesłuchań. Znajomemu udało się jednak wykupić ich za skrzynkę wódki.

Mimo to Majkowie nie stracili gotowości do pomagania Żydom. Aż do lipca 1944 roku pomagali Srulowi Warszawerowi. Był on Żydem z cenionej łaskarzewskiej rodziny, spokrewnionej z Rozalią. Bedąc rzeźnikiem rytualnym, dopóki to było możliwe, za pośrednictwem Julianny i Kazimierza przesyłał mięso do getta warszawskiego.

Po likwidacji getta w Łaskarzewie, znając świetnie okolice, Warszawer ukrywał się w okolicznych lasach. Korzystał z pomocy wielu polskich rodzin, ale z Majkami był najbardziej związany. Dostawał od nich żywność i odzież oraz wielokrotnie nocował. Pewnego razu, gdy był u Majków, Niemcy urządzili obławę. Wówczas na prośbę Julianny jej zięć zdobył klucz od kościoła i ukrył tam żydowskiego zbiega. Jak wyjaśniał później sam Srul Zygmunt Warszawer w oświadczeniu dla ŻIH, „była to chwilowo bezpieczna kryjówka, gdyż wiadomo było, że kościół jest stale zamknięty, a otwierany tylko na czas nabożeństw. W związku z tym zamknięcie kościoła nie wzbudzało podejrzeń i nie przeprowadzono w nim rewizji”.

Warszawer ocalał, ukrywając się przez 26 miesięcy. Po wojnie zamieszkał w Warszawie. Był nadal żydowskim rzeźnikiem rytualnym. Mówił o Polakach, którzy mu pomagali jako swoich wybawcach. Majkowie nazywali go wujkiem. Warszawer ofiarował pierwsze zarobione pieniądze na odbudowę zniszczonego kościoła w Łaskarzewie, w którym się ukrył. Ufundował tablicę pamiątkową na cmentarzu żydowskim w Łaskarzewie oraz był inicjatorem ogrodzenia terenu cmentarza. W jego pogrzebie w 1997 roku brało udział 2 rabinów i 4 księży.

Po wojnie zarówno Kazimierz, jak i Danuta Majkowie (po mężu: Przybylska) zamieszkali w Otwocku – on na osiedlu Kmicica, ona na osiedlu Stadion. Danuta Przybylska pracowała m.in. jako sekretarka w Liceum Ogólnokształcącym i Technikum Nukleonicznym. Oboje już nie żyją. W Otwocku mieszkają nadal ich rodziny.

11 sierpnia 1992 r. Instytut Yad Vashem uznał Juliannę Majek, Kazimierza Józefa Majka i Longinę Danutę Przybylską z domu Majek za Sprawiedliwych wśród Narodów Świata w 1992 roku.

 

Opracowanie: Zbigniew Nosowski
Społeczny Komitet Pamięci Żydów Otwockich i Karczewskich

 

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Maria Lebiedzińska z domu Szemiot (ur. 1924-2013)

21 sie

Maria Szemiot przed wojną mieszkała w Gdyni, gdyż jej ojciec, Mikołaj Szemiot, był oficerem marynarki wojennej. W najbliższej rodzinie miała wybitne postaci – jej wuj, generał Eugeniusz de Henning-Michaelis był w latach 1920-1921 wiceministrem spraw wojskowych, drugi wuj Jan Meisner był jednym z twórców Polskiego Czerwonego Krzyża.

Maria Lebiedzińska wspomina w wywiadzie dla portalu www.sprawiedliwi.org.pl, że rodzice wychowywali ją w duchu najlepiej rozumianego patriotyzmu. „Żadnego antysemityzmu u nas w domu nie było, wręcz przeciwnie”.

Podczas kampanii wrześniowej ojciec dostał się do niewoli. Kobiety wyjechały więc do Warszawy, gdzie zamieszkały u rodziny.

Maria zgłosiła się do pracy w szpitalu wojskowym przy ul. Śniadeckich. Jednym z jej pierwszych zadań było roznoszenie obiadów i zbieranie datków od rodzin dla hospitalizowanych rannych żołnierzy. Odwiedzała wtedy także rodziny, których żydowskiego pochodzenia można się było domyślać. Jako uczennica szkoły pielęgniarskiej wstąpiła do Związku Walki Zbrojnej, a potem Armii Krajowej. Później wzięła udział w Powstaniu Warszawskim jako sanitariuszka. Wynajęła dla siebie pokój przy ul. Śniegockiej.

Maria zaprzyjaźniła się w Warszawie ze swoją rówieśniczką Lilką Zawadzką, która mieszkała obok jej wujostwa. Pewnego dnia Maria zastała jednak puste splądrowane mieszkanie wynajmowane przez Zawadzkich. Sąsiedzi powiedzieli, że była to rodzina żydowska i Niemcy aresztowali ją (najprawdopodobniej na skutek donosu szmalcownika). Lilka sama oddała się w ręce Niemców, nie chcąc zostawiać matki samej.

Wieczorem tego samego dnia, tuż przed godziną policyjną, do mieszkania, w którym mieszkała Maria, zapukała z prośbą o pomoc młodsza siostra Lilki – Alicja (nie było jej w domu, gdy przyszli Niemcy). Spytała: „Marysiu, czy mi pomożesz?” „Uczciwy człowiek może tylko powiedzieć: «Oczywiście tak». No i ja tak powiedziałam” – wspomina Maria Lebiedzińska. Alicja wyznała jej wówczas, że naprawdę nazywa się Appel, a Zawadzka to nazwisko z fałszywych „aryjskich papierów”.

Alicja mieszkała z Marysią ok. 3-4 miesięcy, starając się ukrywać przed gospodynią i sąsiadką Volksdeutschką. Zaczęło się jednak robić niebezpiecznie. Właścicielka mieszkania dopytywała o Alę, bała się, domyślając się jej pochodzenia. Dodatkowo obawiała się konsekwencji podziemnej działalności swojej głównej lokatorki. Musiały się wyprowadzić.

Ciotka Marii załatwiła dla Alicji pracę opiekunki do dziecka z możliwością zamieszkania. Marysia mieszkała w wynajętym mieszkaniu w sąsiednim domu. Choć mieszkały oddzielnie, bardzo się ze sobą zżyły. Lebiedzińska opowiada o znaczącym wydarzeniu podczas łapanki w Alejach Ujazdowskich, gdzie Niemcy „dosłownie wszystkich zatrzymywali, kapelusze zdejmowali, we włosach szukali, skarpetki kazali zdejmować. […] I Ala mówi: «Słuchaj, ty masz gazetki [podziemne], daj mnie, bo ja jestem Żydówka, to na pewno zginę, a ty nie». A ja mówię: «To ja jeszcze takim kosztem nie umiem żyć, wiesz…». No, i poszłyśmy dalej i nikt nas nie zatrzymał”.

Pewnego dnia Alicja została zaczepiona przez szmalcownika, który żądał od niej pieniędzy. Przestraszona zdecydowała wyznać swoim gospodarzom, że jest Żydówką. Mogli przecież przez nią zginąć. Nie będąc pewnymi reakcji gospodarzy, koledzy Marii z AK obstawili dom, by w razie konieczności ratować Alę. Gospodarze jednak chętnie pozwolili jej dalej u siebie mieszkać.

Po upadku Powstania Maria trafiła do obozu pracy w Niemczech. Gdy wróciła do komunistycznej już Polski, okazało się, że jako członek Armii Krajowej jest „zaplutym karłem reakcji”. Przeprowadziła się do Włocławka, gdzie pracowała jako pielęgniarka. Tam odnalazła ją Alicja.

Alicja po wojnie zaczęła pracować w redakcji „Życia Warszawy”. Jak opowiada Maria: „Ala koniecznie chciała wyjść za Polaka, ale zawsze coś stało na przeszkodzie. Przyznała się, że jest Żydówką i zaraz zmieniała się sytuacja. Nagle wielka miłość stawała się żadną. […] W końcu poznała pana, który pracował w największym komisie w Warszawie, na Chmielnej. To był Żyd, który przyjechał do Polski gdzieś ze wschodu… A był moment, że wtedy Żydzi mogli wyjeżdżać. I on się zgłosił, że chce wyjechać do Izraela. No i wyjechali”. Było to w latach pięćdziesiątych. Mimo dzielącej je odległości Maria Lebiedzińska i Alicja Margulies do dziś pozostają ze sobą w bliskim kontakcie.

W 1952 roku Maria Lebiedzińska zamieszkała w Otwocku. Przez długie lata pracowała tu jako pielęgniarka. Mieszkała najpierw przy ulicy Zacisznej, a obecnie na osiedlu Ługi na pograniczu Otwocka i Karczewa.

28 stycznia 1986 r. Instytut Yad Vashem uznał Marię Lebiedzińską za Sprawiedliwą wśród Narodów Świata.

 

Opracowanie: Zbigniew Nosowski
Społeczny Komitet Pamięci Żydów Otwockich i Karczewskich

 

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Maria Kukulska, z d. Kaliwoda, Anna Krzyżowska, z d. Kukulska

21 sie

 

Maria Kukulska, z domu Kaliwoda (1902-1993)
Anna Krzyżowska, z domu Kukulska (ur. 1926)

Maria Kukulska była z zawodu nauczycielką, należała do przedwojennej Polskiej Partii Socjalistycznej. Pochodziła z rodziny o wielkich tradycjach patriotycznych. Jej brat Leon Kaliwoda, członek Polskiej Organizacji Wojskowej, zginął w Łomży, rozbrajając Niemców 11 listopada 1918 roku – jest ostatnią w tym mieście polską ofiarą I wojny światowej, a jedna z ulic Łomży nosi jego imię.

Anna Kukulska urodziła się w Wólce Mlądzkiej, która obecnie jest częścią Otwocka. W czasie wojny Maria mieszkała z kilkunastoletnią Anią przy ul. Markowskiej 15 na warszawskiej Pradze i prowadziła tajne nauczanie. Wcześnie rozpoczęła udzielanie pomocy Żydom. W roku 1941 ­– jak wspomina Anna Krzyżowska w oświadczeniu dla Żydowskiego Instytutu Historycznego – mieszkało u nich troje Żydów: dwie kobiety i jeden mężczyzna.

Kukulska blisko współpracowała z Ireną Sendlerową. Mieszkanie przy Markowskiej było jednym z adresów, pod które trafiały dzieci żydowskie wyprowadzane z getta, zanim udało się dla nich znaleźć stałe lokum. Pełniło więc funkcję przejściowego „pogotowia opiekuńczego”, gdzie uczono dzieci języka polskiego, katolickich modlitw, a przede wszystkim otaczano opieką po rozstaniu z najbliższymi.

W mieszkaniu Kukulskich przechowywano broń. Było ono także „skrzynką kontaktową” oraz miejscem spotkań działaczy podziemnej Rady Pomocy Żydom „Żegota”. Anna wspomina: „Przychodziły jakieś osoby na zebrania – i wtedy moja Matka i ja wychodziłyśmy i czekałyśmy na ulicy na zakończenie tych spotkań”. Jak wspomina jeden z bywalców, Jerzy Korczak (Keiner), „w domu był prawdziwy tajfun”. Maria Kukulska ponadto prowadziła konspiracyjne nauczanie w podziemiach bazyliki przy ulicy Kawęczyńskiej.

Początkowo córka nie wiedziała, że ludzie przebywający w ich domu to uciekinierzy z getta, ale wkrótce matka wyjawiła jej sekrety swej działalności, czyniąc z Ani aktywną współpracowniczkę. „W roku 1942, gdy miałam 16 lat, Matka zdecydowała się wtajemniczyć mnie całkowicie w swoją działalność i zadała jednocześnie pytanie: «Czy zgadzasz się na zamieszkiwanie u nas w dalszym ciągu ukrywających się ludzi, którzy są Żydami? Zdajesz sobie sprawę, co nam za to grozi”. Odpowiedziałam: «Tak – przecież dokąd oni pójdą?»”. Już w pełni świadomie Ania towarzyszyła teraz Żydom w ich podróżach w mieście i poza nim, służyła jako posłaniec pomiędzy tymi, którzy się ukrywali. Ryzykując życie, przynosiła im listy i dbała o nich z wielką troską.

Wśród osób stale mieszkających w domu Kukulskich w roku 1943 byli m.in. Stefan Zgrzembski, działacz „Żegoty”, ps. „Adam”, późniejszy mąż Ireny Sendlerowej, oraz lekarz Roman (znany też jako Adam) Baseches, który po wojnie był dyrektorem sanatorium w Otwocku. Obaj mieli. jak się wówczas mówiło, wyjątkowo “zły wygląd”. Pisarz Jerzy Korczak tak opisywał po latach w „Tygodniku Powszechnym” problemy Zgrzembskiego: „Silny brunet o wybitnie semickich rysach nie mógł nie tylko wychodzić na ulicę, ale nawet stawać w pobliżu okna. A jego aż nosiło, rwał się do działania, kipiał energią. Dużo zdrowia i nerwów kosztowało panią Irenę, aby wyznaczać mu zadania, w których był przydatny, nie wystawiając nosa poza cztery ściany. Pomagał więc przy rozdzielaniu zapomóg, sortował dokumenty, główkował, w jaki sposób i gdzie lokować coraz większą liczbę podopiecznych «Jolanty» [pseudonim Sendlerowej]”.

Kiedy liczba osób ukrywających się w domu Kukulskich była tak duża, że mogła zagrażać gospodarzom, jak również samym uciekinierom, wynajęto dla nich mieszkanie pod Warszawą – w Świdrze (dziś: dzielnica Otwocka). Ktoś jednak doniósł o ich działalności. Zgrzembski i Baseches zostali aresztowani. Zwolniono ich po zapłaceniu granatowemu policjantowi sowitej łapówki.

Ponieważ szantaże w Świdrze powtarzały się, wiosną 1944 roku Maria Kukulska wynajęła kolejne mieszkanie, tym razem w Otwocku, przy ul. Akacjowej 7 (obecnie: Goldflama). Oprócz Zgrzembskiego i Basechesa przebywali tam także wspomniany Jerzy Keiner oraz Jerzy Gross (później do Otwocka przyjechał również jego brat Natan). W 1944 roku w azylu przy Akacjowej mieszkał także pierwszy przewodniczący „Żegoty”, Julian Grobelny (chory wówczas na gruźlicę), z żoną Haliną. Wraz z nimi wszystkimi mieszkała w Otwocku Ania Kukulska.

Dzięki ocalonym miejsce to i osoby są uwiecznione w literaturze. Keiner przyjął nazwisko Korczak, pod którym ocalał. Jest m.in. autorem biografii Jana Karskiego, a o Kukulskich i Otwocku pisał w książce Oswajanie strachu. We wspomnieniach Natana Grossa, po wojnie izraelskiego scenarzysty i reżysera, zatytułowanych Kim pan jest, panie Grymek?, Maria Kukulska występuje pod nazwiskiem Bogucka.

Fascynujące są losy Jerzego Grossa (ur. 1926). „Rodzice dali mi na imię Jerzy – pisze w swoich wspomnieniach Wybrało mnie życie. – Po drugiej wojnie światowej, kiedy komunistyczne władze Polski chciały się pozbyć Żydów, z konieczności wyemigrowałem do Izraela. Tam zmieniono mi imię Jerzy na Yoram i tak do dnia dzisiejszego jestem dwojga imion: Yoram-Jerzy”. Mieszkając w Otwocku podczas wojny (jako Marian Wiśniewski), wesoły Jurek zachowywał się bardzo swobodnie. Miał „aryjskie” papiery i liczne talenty, dzięki czemu pracował nawet przez pewien czas w otwockim kościele parafialnym (on, Żyd udający pobożnego katolika) jako… organista. Później został scenarzystą, reżyserem i producentem filmowym. Lata 1950-1968 przeżył w Izraelu, a potem wyjechał do Australii, gdzie zrobił wielką karierę jako autor niezwykle popularnych filmów animowanych. Nazywany bywa australijskim Disneyem. Powstał też o nim film dokumentalny – Blinky & Me, w reżyserii Tomasza Magierskiego, w Polsce wyświetlany pod tytułem Krakowiaczek ci ja. Yoram Gross opowiada w nim swoje życie, jeżdżąc po Polsce ze swymi wnukami.

Niewiele wiadomo o powojennych losach Marii Kukulskiej i jej córki. Udało się ustalić, że Anna Krzyżowska mieszkała w Sopocie.

Po latach Jerzy Korczak tak wspominał w oświadczeniu dla ŻIH piękną Anię, w której zakochał się od pierwszego wejrzenia: „była w swojej stałej gotowości niesienia pomocy tropionym ludziom nieustraszona. Przewoziła zagrożonych tramwajami i podmiejskimi kolejkami, rozwoziła wiadomości i dokumenty. Nie dbała o własne bezpieczeństwo. […] Okazywała ogromną odwagę i opanowanie w najtrudniejszych momentach”. Stwierdził też: „W moim bogatym okupacyjnym życiorysie obie panie Kukulskie odegrały rolę przełomową. […] Nie jestem zdolny stwierdzić, ilu ludziom uratowały obie panie życie. Takich ludzi było na pewno kilkunastu, a może i więcej”.

1 maja 1995 r. Instytut Yad Vashem uznał Marię i Annę Kukulskie za Sprawiedliwe wśród Narodów Świata.

 

Opracowanie: Zbigniew Nosowski
Społeczny Komitet Pamięci Żydów Otwockich i Karczewskich

 

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii